poniedziałek, 28 grudnia 2009
sobota, 26 grudnia 2009
Rzym
czwartek, 24 grudnia 2009
...
wtorek, 22 grudnia 2009
13
E
S
T
E
M
J
E
S
T
E
M
S
A
M
J
E
S
T
E
M
S
A
M
O
T
N
Y
Jestem. Jestem sam. Jestem samotny.
Siedzę na schodach przed domem. Nie wiem ile mam lat. Po prostu siedzę, czytam książkę i piję kawę.
Podobno świat się skończył…
Jeśli to prawda…
Jeśli to prawda to muszę być w czyśćcu.
Lacrimosa.
P
O
D
O
B
N
O
Ś
W
I
A
T
S
I
Ę
S
K
O
Ń
C
Z
Y
Ł
J
E
Ś
L
I
T
O
P
R
A
W
D
A
.
.
.
J
E
Ś
L
I
T
O
P
R
A
W
D
A
T
O
M
U
S
Z
Ę
B
Y
Ć
W
C
Z
Y
Ś
Ć
C
U
piątek, 11 grudnia 2009
12
Nie widzieli się już dawno. Kiedyś spotykali się codziennie. Teraz zostały im komunikatory internetowe i krótkie chwilę bądź to na uczelni, bądź w restauracjach.
On czuł od rana pewną dawkę niepokoju i niepewności, którą aby zrównoważyć proporcję poszerzył o dawkę alkoholu. Wszystko przez ten poranek.
Dlaczego? Bowiem podczas porannego czesania wyczesał z włosów dwie wszy. Mimo że zawsze lubił zwierzęta ten akurat fakt bliskości z nimi go nieco zasmucił. Jako człowiek wierzący wiedział, bowiem że według nowowyznawanej przez niego religii starożytnych Indian UIOa wszy oznaczały nieszczęście( oraz nieurodzaj kabaczków, ale to go nie przejęło- nie lubił kabaczków, więc mogły dla niego szczeznać i pochłonąć swych plantatorów w ogniu piekielnym). Nie martwiły go kwestie estetyczne ani te natury epidemiologicznej.
Rozpoznał od razu. To były koniaki. Powziął, więc postanowienie, że nigdy więcej nie poderwie dziewczyny w KFC.
Dziewczyny z KFC są jak literówki. Niby nie jest ostatecznym kurestwem napisać chce zamiast chcę, ale skoro można napisać chcę to, po co brudzić sobie ręce czymś niedoskonałym, czymś co może przynieść do twojego umysłu wszy i niepewność. Jedno, o czym był przekonany po pięciu latach studiów, to to, że stał się wtórnym analfabetą. Zarówno w kwestii języka jak i w kwestii kobiet.
W trakcie porannego przeglądu prasy, po przewertowaniu wszystkich stron o sporcie, trafił na wywiad z pisarzem, którego nazwisko nic a nic mu nie mówiło. Spojrzał w notkę biograficzną i po znalezieniu „ nominowany do Nike” postanowił skupić się na ten kwadrans i przeczytać te kilka stron tekstu. W końcu pisarz musiał być kimś ważnym, kimś dobrym, skoro nominowano go do tak prestiżowej nagrody. Nie znał go, to źle, ale wielu ludzi nie znał. Wśród tej grupy była też pokaźna liczba pisarzy, co uwierało go zważywszy na jego literackie upodobania. Wywiad był nawet ciekawy. Rozpoczęło się od miłości. Dziesięć rund w związku.
- Zwykle poddawałem się przed pierwszym gongiem- pomyślał
Gdzieś w połowie rozmowy zatrzymał się na dłużej przy jednym pytaniu:
A kiedy kobieta staję się obciążeniem?
A skąd ja mam takie rzeczy wiedzieć? Przychodzi mi myśl w stylu największego z żyjących fałszerzy myśli, to jest Paulo Coelho. Ta podróbka myśli brzmi: jeden człowiek staję się obciążeniem dla drugiego człowieka, kiedy jest obciążeniem dla samego siebie.
… największego z żyjących fałszerzy myśli…
Trafne- pomyślał.
Mimo, że nigdy nie przeczytał nawet zdania żadnej książki Paulo Coelho od wielu lat uznawał siebie za jego antagonistę. W imię wyższej literatury. Wiedział, że nie można stać po środku. W tę albo we wtę- jak to mówią nieporadnie jego rodacy. Jemu zdawało się, że wybrał drogę lepszą, drogę Borgesa. Lubił go. Mówił o tym głośno.
- Borges to mój ulubiony pisarz.- chełpił się mając świadomość swojej ignorancji.
Dlaczego ignorancji?
Nigdy nie przyznał się do jednej rzeczy: że przeczytał tylko jeden jego tomik wierszy, który dodatkowo był tylko kompilacją dokonaną przez polskiego tłumacza.
Nic więcej.
Wiedział, że i tak przeczytał więcej niż 90 procent społeczeństwa. Ten fakt ułatwiał mu prowadzenie rozmowy. Prowadzenie rozmowy, w którą mógł wpleść kłamstwa, wyssane z palca informacje oraz swoje hipotezy. Dzięki temu robił wrażenie. Wrażenie osoby inteligentnej. Jedyną osobą, która potrafiła się temu wrażeniu oprzeć był on sam.
Po śniadaniu wymyślił wiersz:
lasy płoną brązową jesienią
wszystko zmierza do śmierci
tylko jelenie na rykowisku
bez lęku patrzą na zbliżającą się
Białą Damę
dokąd idziesz ludzkości?- myślą- dokąd idziesz?
- Piękne.- Pomyślał z satysfakcją- Piękne.
Z tym to było nawet śmiesznie. Pisanie wierszy. Fenomen. Miał wrażenie… miał wrażenie, że wszyscy kiedyś napisali choć jeden wiersz. Te wszystkie pierwsze wiersze wyglądały tak samo:
Jam smutku bastion
Pośród zagubionych ludzi
Klasyk.
Kolejnym fenomenem jest to, że w kraju dwóch milionów poetów, jak to chyba Miłosz określił, nikt- nawet ci czołowi piszący, praktycznie nie czyta tomików innych. Może to trochę polskie. No, bo przecież, po co czytać? Nie mamy czasu na czytanie.
W ciągłym biegu.
Śniadanie- Praca- Obiad- Zakupy- Seriale- Seriale- Seriale- Seriale-Jakiś ściągnięty z netu film- Sen
Ani sekundy wytchnienia.
W ciągłym pędzie, uniemożliwiającym zaspokojenie nieodzownych potrzeb intelektualnych.
Miał jeszcze trochę czasu. Wiedział, że musi trochę posiedzieć nad pracą. Nie miał wyboru. We wtorek musiał przynieść ostateczną wersję pracy. Czwarty raz. Ten miał być ostatnim. Tak jak poprzednie trzy.
Ukształtowanie gatunkowe opisów podróży jest niejednolite. Można to stwierdzić na przykładzie przywoływanych wcześniej dwóch autorów: Mikołaj Radziwiłł opis swojej podróży do Ziemi Świętej ubrał najpierw w formę pamiętnika, która następnie została zmieniona na formę listową; Sebastian Fabian Klonowic za to swoją wyprawę do Gdańska spisał w formie poematu opisowego.
Istniała jednak grupa utworów, które nie były związane z żadnym z wcześniej wymienionych gatunków. Podobnie jak w przypadku wcześniej omawianych w pracy utworów bardzo ważną rolę odgrywały w nich realistyczne opisy wydarzeń lub zwyczajów.
Tak jak w pamiętnikach oraz poematach opisowych przeważają w nich elementy epickie, dzieła o których będziemy mówić w tym rozdziale są klasyfikowane przez badaczy jako itineraria lub bardziej ogólnie jako hodoeporicony . Gatunek ten ze względu na charakter bardziej przewodnika niż dzieła artystycznego jest niejednokrotnie umiejscawiany na granicy literatury a nieliteratury.
Nie były to jednak w odróżnieniu od utworów Klonowica i Róździeńskiego poematy, lecz z reguły mniej popularne formy poetyckie zawierające rozbudowane elementy epiki. W tym rozdziale skupimy się na dwóch utworach zasadniczo różnych od siebie formą, budową oraz ich znaczeniem w kulturze staropolskiej. Są to: Jezda do Moskwy… Jana Kochanowskiego oraz Przeważna legacyja Krzysztofa Zbaraskiego od Zygmunta III do sułtana Mustafy Samuela Twardowskiego. W obu utworach autor skupi się na ich „reportażowości”.
Pod koniec swojego życia Jan Kochanowski stworzył kilkusetwersowe itinerarium p.t.: Jezda do Moskwy…. Było ono poświęcone wyprawie na Moskwę, którą w 1581 roku zorganizował król Stefan Batory. W trakcie tej eskapady szczególną rolę odegrał kilkusetosobowy oddział pod dowództwem hetmana wielkiego litewskiego Krzysztofa Radziwiłła. On właśnie był bohaterem utworu i jemu to dzieło poeta z Czarnolasu dedykował.
Sam utwór nastręczył wiele problemów badaczom. Ogólnie nie spotkał on się z ciepłym odbiorem historyków literatury. Jezda… jest uznawana za jedno z najsłabszych dzieł Kochanowskiego. Zresztą sam autor dokonał wielu korekt w pierwszej wersji swojego dzieła i napisał drugą wersję Jezdy…, która ukazała się już po śmierci Kochanowskiego tj. w roku 1611 jako Wtargnięcie do Moskwy Krzysztofa Radziwiłła. Obu wersjom zarzucano wiele uchybień technicznych m. in. korzystanie z elementów wcześniejszych dzieł autora, niedokładne rymy, niejednolitość gatunkową i raczej panegiryczny styl utworu. Ten ostatni zarzut jest po części zrozumiały. W końcu Radziwiłł był zaprzyjaźniony z Kochanowskim. Udało się jednak wpleść w utwór elementy realizmu. Kochanowski dość starannie jak na kilkusetwersowy utwór opisał szczegóły wyprawy Radziwiłła. Gatunkowo Jezda… jest klasyfikowana jako itinerarium , na co wpływ mają wspomniane przed chwilą opisy, w szczególności opis drogi jaką przebyły oddziały polskie udając się na Moskwę. Jednak jak już wspomniano w pierwszym rozdziale niektórzy badacze wyłamują się z takiej klasyfikacji dzieła np. Jerzy Ziomek traktuje utwór Kochanowskiego jako epinikion, czyli odę pochwalną zwracając uwagę na styl pierwszej części dzieła i ogólny panegiryczny charakter utworu.
Umówili się pod Wysoką Bramą. To taka olsztyńska Wieża Eifla. Każdy wie gdzie to jest i jak tam trafić.
Przybył kilka minut przed czasem. Wiedział, że ona się spóźni. Zawsze się spóźnia. Już taka jej przypadłość. Kiedyś mieszkała pięć minut od starówki a mimo to potrafiła spóźnić się na spotkanie pół godziny. On mimo to zawsze starał się być przed czasem.
Żeby tylko nie musiał nikt na niego czekać.
- W życiu potrafię być niesłowny, niestaranny.- myślał- To przynajmniej w kwestii przychodzenia na czas nie chcę aby ktoś miał o mnie jakieś pretensje.
Usiadł na metalowej ławce przed Wieżą.
- Gdyby to była piłkarska strategia to, na jakiej pozycji bym ją umieścił?- Ni stąd ni zowąd to pytanie eksplodowało w jego głowie.
Bramkarz
?
Prawy Obrońca Stoper Stoper Lewy Obrońca
? ? ? ?
Pomocnik Defensywny Pomocnik Pomocnik
? ? ?
Skrzydłowy Środkowy Napastnik Skrzydłowy
? ? ?
Bramkarz: Matka. Nie raz ratowała mnie w podbramkowych sytuacjach, Naprawiała moje życiowe kiksy. Poza tym ma umiejętności przywódcze. Zresztą, co matka to matka.
Obrona:
Prawy Obrońca: Robak. Solidny. Spokojny, ale potrafi czasem też przyatakować. Poza tym szybko biega podobno( tak wynika z relacji grupki pasłęckich dresiarzy). Bardziej jednak pożyteczny w obronie niż w ataku.
Stoper: Ania. Ktoś ten zespół musi trzymać w kupie. Poza tym, kto jak kto ,ale Ania idealne nadaję się na mózg drużyny.
Stoper: Paweł Krutul. Widziałem go raz w akcji. Syn Puyola i Maldiniego.
Lewy Obrońca: Ala. Potrafi walczyć jak lwica. Jest nieustępliwa. Do końca walczy w obronie. Niezbyt pożyteczna w ataku, ale w obronie gra bardzo agresywnie.
Pomoc:
Pomocnik: Roki. Potrafi trzymać wysokie tempo gry. Potrafi być agresywny w obronie, ale też ma sporo fantazji w ataku. Jego minusem jest słaba kondycja biegowa. Dobrze jednak tańczy z piłką.
Defensywny Pomocnik: Kruszyna. Nie będę się tłumaczył z tego wyboru. Kto go zna wie dlaczego.
Pomocnik: Emil. Szybki w ataku. Uparty jak osioł i zadziorny w obronie. Największy krzykacz na boisku. Ma dobrą kondycję Dużo trzeba, aby coś go ścięło z nóg.
Atak:
Skrzydłowy: Marta. Gra z olbrzymią wyobraźnią. Jej akcje są pełne rozmachu, choć czasem kończą się klęską. Słabe ogniwo w obronie. Zadziorna, ale jej odporność na ciosy jest słaba.
Środkowy napastnik: Ja. Bo tak.
Skrzydłowy: Aśka. Zadziorna. Uparta. Mogła by grać na każdej pozycji. Poza tym ma sporą wydolność.
H
E
J
!
Ona
Hej!
On
Hej!( z uśmiechem) Spóźniłaś się.
Ona
Wiem. Wiesz jak to jest… punktualna jak Chyła, w końcu co nie?
Oboje się śmieją
Gdzie idziemy?
On
Greenway?
Ona
No tanio jest… ale chyba mam pieniądze… i chyba chce mi się mięsa.
On
No to co? Bohema? Naleśniki z kurczakiem i szpinakiem?
Ona
No. Niby już mi się znudziły, ale w sumie czemu nie…
Idą
Ona
To co tam? Znowu jakaś wielka miłość?
On
Nie, a ty?
Oboje się śmieją.
Ona
Ja mam Maćka…
ON
To nie rak można z nim walczyć
Ona
Powiem Maćkowi! HeHe!
On
Spoko. On mnie lubi… nie widzi we mnie zagrożenia ( śmiech)
Ona
Bo jesteś dobry i miły
On
Tak, tak, tak…teraz tak mówisz… na nic to jednak. Pamiętaj Marta…
Razem
Miałaś swój czas i on minął!
Śmiech
Dochodzą do budynku w którym mieści się Bohema. Wchodzą do środka a następnie schodzą w dół do Bohemy. Zajmują miejsce przy stoliku znajdującym się za barem, niedaleko toalety.
Mija godzina.
Podchodzi kelnerka i zbiera zamówienie.
Mija godzina.
Kelner przynosi dwa naleśniki z kurczakiem i szpinakiem oblane sosem (miał być beszamel- jest curry)
On
Coraz mniejsze te naleśniki!
Ona
Złodzieje! Kapitalisty!
Jedzą i rozmawiają
Ona
A jak z nią?
On
Cisza.
Ona
Współczuje ci…
On
Wiesz. W sumie jakoś tego nie przeżywam…
Ona
Kurcze… jak to jest…?
On
Co?
Ona
Że tobie tak wcześnie przechodzi… że tak ona mówi nie i ty, ty odpuszczasz i jest ok.
On
Wiesz, że to nie tak. To trwa dłużej. Sporo myślę wtedy…
Ona
Coś o tym wiem.
On
Myślę, że ja buduję takie budowle. Kerouac o tym pisał…
Ona
Kerouac. Skąd ja to znam? Śmiech. Widzę, że czytasz tych samych pisarzy co on.
On( uśmiecha się)
Ale jestem inny. Poza tym obaj lubimy beatników… wiesz chodzi o to, że ja buduję takie budowle ze słów. Niby są one ryzykowne, ale to pójście na łatwiznę. Wiesz ja powiem kobiecie: Kocham cię. Mocne słowo. I ja w nie wierze w momencie, kiedy to mówię. A tak naprawdę ja tego nie czuję. Mimo ze wierze, że jest inaczej. … To taka budowla, kurcze całkiem dobra ta kawa, spróbuj…
Ona
Nie dzięki… to, po co to mówisz?
On
Bo one chcą to usłyszeć. Nie mówią o tym otwarcie, ale coś we mnie to czuję , zresztą jak mówiłem: w tym momencie ja w to wierze. I to mówię. A później… później okazuję się, że to tylko budowla. Konstrukcja słów. Ciężko się z tego wycofać.
Ona
Kurwa. Ciężkie to.
On
No ciężkie. Ale wiesz dopiero po czasie okazuję się czy to budowla czy uczucie. I to jest najgorsze. Wątpliwości, wątpliwości kurwa.
Ona
Ale jakoś sobie radzisz
On (śmiech)
Wiesz… skille i doświadczenie.
Ona(śmieje się)
No. A wracając… jak tam .On się ma?
On.
Dobrze. A dlaczego pytasz?
Ona
Wiesz, czasem o nim myślę.
On
On też o tobie myśli. Czasem o tym rozmawiamy…
Ona
Tak?
On
Wiesz, myślę że mimo wszystko wyszło to wam na dobre. W końcu oboje jesteście szczęśliwi.
Ona
No. Wszyscy są szczęśliwi.
On
A jak tam studia?
Ona
Dobrze. Mam dużo zajęć. Piszę scenariusz. Mam dobrych wykładowców. Gliński ma też z nami zajęcia.
On
A później co? Semafor?
Ona (śmieje się)
Co ty?! Słabo płacą… mogę robić animacje do reklam… na przykład środków na trawienie.
On (śmieje się)
Srakostop
Ona
Tak, tak. Dobrze płacą.
On
I chcesz tak chałturzyć?
Ona
Nie chcę… ale jak można zarobić.
On
A jak się czujesz… no wiesz…?
Ona
Lepiej… już lepiej. Wiesz, tęsknie za wami… za Maćkiem. Robię tysiąc takich małych, zbędnych rzeczy, żeby nie myśleć. Chodzę na zakupy…
On ( śmieje się)
Konsumpcyjna Świnia!
Ona
No… galerianka. Hehe. Wiesz, nawet Gombro chodził na zakupy.
On
W listach tego nie wyczytałem. Hehe. No ale wierzę na słowo jednej z największych gombrowiczolożek w Polsce.
Ona (śmieję się)
Na świecie
On
W ogóle to nie zdążyłem ci jeszcze powiedzieć, że ładnie wyglądasz.
Ona( śmieje się)
Jak rozumiem chodzi ci o to, że dziś nie wyglądam jak skrzyżowanie upośledzonego włóczykija z Czarodziejką z Księżyca?
On( śmieje się)
Wyjęłaś mi to z ust.
Ona
Jak zwykle gentleman. Haha
On( śmieje się)
Znasz mnie. Kultura na przedzie… wiesz wkręciłem sobie ostatnio znowu Bang Gang.
Ona
Widziałam na laście że tego słuchasz. Pomyślałam nawet że coś może być nie tak.
On
Jak coś jest nie tak to słucham Ani Dąbrowskiej
Ona
Daj spokój… Znowu przyszło lato
On
Zabija mnie ta piosenka.
Ona
Pamiętam jak wrzuciłeś ją na bloga
On
Nie ma do czego wracać. To był trudny czerwiec.
W tle słychać utwór Ciszy i spokoju p. t: Uzależniony
Moje życie to potok pełen wersów kaskad
Którego źródło biję w samym sercu miasta
Wydłuża dzień. Skraca sen mówiąc:
Lubię to.
Ona
Nie znam…
On
To duże Pe z … chyba z dj’em Spoxem
Ona( śmieje się)
Wikipedia rapu…
On
Wiesz i’m still in the Game…
Ona ( jednocześnie z humorem i agresją)
Chcesz ze mnie kpić?
Nie powiedziałeś nic
Daj pic
On
Wiesz co się liczy?
Szacunek ludzi ulicy!
Ona
O niej nie myśl jak o suce
Pomyśl jak o siostrze!
Oboje się śmieją.
Ona
Wczoraj oglądaliśmy tego nowego „Star Treka”. Maćkowi się podobał. Wiesz do kina bym na to nie poszła, ale ogólnie może być, fajne efekty były, no i ten… Spock. Spock był fajny.
On
Zahary Quinto
Ona
Chyba w Herosach grał czy w czymś takim.
Tak. Sylaba. Ludzie podobno na ulicy wyzywali go… mylili rzeczywistość z filmem.
Ona
Film z rzeczywistością…
On
Yhm. Poloniści. Hehe
Ona
Magistry. Widziałeś nowego House’a?
On
Jeszcze nie. Nie mam jak ściągnąć.
Ona
Wy jesteście jak House i Wilson.
On
Może coś w tym jest… tylko On mi jeszcze nie wsypał dla zabawy amfetaminy do kawy
Ona
Jeszcze nie… On… Dla niego jesteś ważny.
On
Wiem. Wiesz jak mnie kiedyś nazwał?
Ona
Wiem. Swoim kręgosłupem moralnym.
On
Kurwa może miał rację. Może ty też ją masz. Może czasem jestem Wilsonem.
Ona
Czasem jesteś nim, czasem Housem. To normalne.
On
Myślę że większość z nas czasem jest Wilsonem. A Mouse? Housem jesteśmy gdzieś w głębi…zawsze.
wtorek, 8 grudnia 2009
cos mi się popieprzyło i to jest rozdział 10
Witamy się jak zwykle. Ona przytula się do mojego ciała kładąc głowę gdzieś na wysokości klatki piersiowej. Zawsze byłem większy od reszty. No, zawsze byłem wyższy. Tak będzie uczciwiej to określić.
Nie ma w tym nic z fizyczności damsko-męskiej. Nic, chyba, że wtrącić te ramy fizyczność między misiem a miodem.
-Siadaj. Zaparzyć ci herbaty?- Widzę, że ma mało czasu mimo to stara się mnie przyjąć jak najlepiej. Zawsze tak było. W sumie to nasza cecha narodowa. W jednym rzędzie z ukrytym antysemityzmem i pijaństwem.
Żadne z nas nie pamięta, kiedy się spotkaliśmy pierwszy raz. Po prostu funkcjonowaliśmy obok siebie coraz intensywniej.
Rozkładam sobie czarne, plastikowe krzesełko i burczę coś w stylu cześć do tej młodej dziewczyny, której imienia nigdy nie pamiętam, a która siedzi z Aśką w tej klitce zwanej buńczucznie wypożyczalnią i wydaje ludziom chcącym skorzystać z miejskiego lodowiska łyżwy. W środku panuje identyczna temperatura jak na zewnątrz. No bo przecież na cholerę komuś ogrzewanie w zimie! Jak jest lodowisko to musi być zimno. Jak jest zima to musi być zimno. A że obie rzeczy zwykle koegzystują: to musi być zimno.
Opowiadamy sobie coś o studiach. Dyskusję przeprowadzają teoretycznie trzy osoby, jednak dziewczyna, której nie pamiętam imienia, wyraźnie się wycofała. O ile pamiętam nie czuję się zbyt mocno w tym temacie. No cóż nie każdy musi być studentem, choć ostatnio mam wrażenie, że każdy coś studiuje. Miliony dziennikarzy, geodetów i kosmetolożek zapełniają metry kwadratowe naszego skromnego kraju. A ona? Może interesuje się sztuką? Może norweską sceną techno? A może niczym… zresztą to absolutnie nieistotne. W danym czasie ważne jest by dobrze wykładała łyżwy.
Aśka jest z Pasłęka. Mimo, że wszystko zaczęło się w Pasłęku przyznam, że byłem tam tylko raz. Pamiętam to jak dziś.
W Pasłęku byłem tylko raz.
Gdzieś tam na jakimś weselu. Miałem jechać z Aśką. Przywitała mnie kiepska pogoda. I dworzec…fenomenalny. Po prostu jedyny w swoim rodzaju. Z zamknięta kasą biletową i z otwartym solarium. Nigdy nie widziałem solarium na dworcu kolejowym.
Sun- Tips.
Swoją drogą to ciekawa nazwa na solarium. Słoneczne paznokcie. Jak jakiś wytwór postnuklearny prosto ze świata Mad Maxa i Fallouta. Połączony kurs opalania się z kursem robienia sztucznych paznokci. Wszystko, czego potrzebuje kobieta w jednym miejscu. Cielesność w stanie czystym. Budujemy swój wygląd. Obok solarium… no cóż by innego: Odzież dla każdego. Otwarta w soboty od 9 do 13, w dni tygodnia od 9 do 17. Ciekawe czy znalazłbym tu dla siebie garnitury od Versace, koszulki polo Ralpha Laurena? No co? W końcu nazwa do czegoś zobowiązuje.
Jest żółto- brązowo.
Zegar wskazuje sześć minut po szóstej. Cały czas sześć minut po szóstej. Mimo, że jest plus minus czternasta. Sześć minut po szóstej. Wiara w szatana stymuluje moje samopoczucie. Niepewność. Sześć minut po szóstej.
-Duży dziś ruch?- Rozmowa ma to do siebie , że od czegoś trzeba zacząć.
-W sumie nie- Asia krząta się po elemencie klitki stanowiącym zastępstwo kuchni przygotowując tą nieszczęsną herbatę.
- Dziwne. W końcu dziś niedziela, no i nawet ładnie jest ale mroźno.
- Ja tam nie narzekam. Nie chce mi się dziś tu siedzieć. Można się zabić. Poczekasz na mnie do końca pracy?
Nie potrafię odmawiać. Przypuszczam, że to jakaś jednostka chorobowa, której nie mogą jeszcze zdefiniować amerykańscy naukowcy. Jak ten cholerny CFS.
CFS?
Hmmm…
Tak! CFS:
Zespół chronicznego zmęczenia( ang. Chronic fatigue syndrom w skrócie CFS) opisano po raz pierwszy w literaturze fachowej 21 lat temu. Jakiś czas potem Światowa Organizacja Zdrowia uznała CFS za odrębną jednostkę chorobową.
- W sumie czemu nie.- Zawsze tak odpowiadam. Kurwa. Zawsze tak odpowiadam. Choćbym miał milion lepszych i ważniejszych rzeczy do roboty( w tym przypadku tak nie jest) to zawsze powiem:
W sumie czemu nie.
- No to super.- Aśka już w momencie zadania pytania znała moją odpowiedź, więc tak naprawdę chciała się tylko upewnić.-Pójdziemy jeszcze po drodze d Biedronki, co?
-W sumie czemu nie.- Mogę iść Nie ma wrrrrr
-Wczoraj super był.- Jej rozmarzony wzrok potwierdza to zdanie.
-Dziś rano było trochę gorzej-Mój czerstwawy wygląd potwierdza to zdanie.
Nastał właściwy moment by w końcu pośmiać się i z kaca Od rana nas męczył, drążył nasze kości, zabierał nam jedzenie. Teraz niech siedzi w kącie i słucha jak się go wyszydza.
- Daj spokój. Myślałam że umrę w pracy, dobrze że … rano otworzyła i przygotowała wszystko inaczej by była mogiła. Łukasz jeszcze tam dochodzi do siebie.
- No roki mi pisał żebym mu Coli kupił.
- Hehehe leniwiec! A Kruszyna jak tam?
- Ok. Poszedł do domu z samego rana.
-Ma chłopak zdrowie.
- No nie da się tego ukryć- Herbata jest w sam raz. Rozgrzewa moja twarz do grymasu zwanego uśmiechem.
-Fajnie, że przyszedłeś- Aśka zmienia ton głosu na bardziej misiowaty…
-Proszę wyczyścić łyżwy! I nie pchać się!- I misiek stał się w sekundę niedźwiedziem.
- No bo… niedługo wychodzi to ja bym sama została. – Niedźwiedź kurczy się do rozmiarów misiaczka.- To fajne że chcesz ze mną posiedzieć.
- Wiesz umówiłem się jeszcze z Chyłą w Green Way’u.
- Acha- W tym momencie stoi przede mną mała zawiedziona siedmiolatka, którą jednakowoż mam zamiar ułagodzić tymi to słowami:
-Mamy jeszcze kupę czasu to skoczę do tego Green Waya a później wrócę i ci potowarzyszę.
-Tak? Kochany jesteś.- Lubię to słyszeć od siedmiolatek. To chyba jakieś zboczenie
- Może chciałbyś pojeździć trochę na łyżwach. Jest mało ludzi, a ty mówiłeś, że nigdy nie jeździłeś, więc może…
No i w moim umyśle zapala się czerwone słowo
ALARM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Wszystko wszystkim ale to chodzi o moje życie. Nigdy ale to nigdy nie jeździłem na łyżwach. Nigdy to nigdy nie złamałem sobie niczego. Mam jakieś przeczucie, że jak się rozdziewiczę z pierwszego punktu, to po kilku sekundach rozdziewiczę się z drugiego.
- Nie dzięki. Jakoś się nie czuję.
Organizm się broni. Na szczęście…
- Spróbuj! To łatwe!
-W sumie czemu nie.
KURWA!
$@##$(&^%%*$#!^&&!@#&*__)(&^$##@wrrrrrr##@!W@&*()^^%#%#@$@! ~%^@^&&&*$@!!))(&%$#^#!$!~$$^%^*!(9((&!!)_)!**!*&!^!_!*^!&!(!* &!&!)!(!&!(!!%%#%%^I$^&*
%#&(()(
wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr Kuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuurrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa666)()&Y*%#%@ !##^%@^*$@!&((*%kiss rządzi)$#%^W@^#%^&^#%^%^&%@&*#^*(&%($#!!&^^&$!$$%^@%””>”
_!(!)U!(&^^^NNNNNNNNNNNNNNNNNNNNNNNNNNIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTA
K
R
E
T
Y
N
ŚMMMMMMMMMMMMMMMMMIIIIIIIIIIIIIIIIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEERRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆ
- W sumie kiedy mam się nauczyć jak nie teraz.-I się uśmiecham. A uśmiech ten pełen jest bólu i śmierci.
W tym momencie, kiedy jestem już naprawdę blisko śmierci wypadałoby opisać moich oprawców. Z trójki: lód, łyżwy, Aśka większość społeczeństwa zna pobieżnie lub nie dwoje pierwszych. Aśka w świadomości społeczeństwa jeszcze swego miejsca nie znalazła. Jeszcze nie. Ale znajdzie. I wierz mi o społeczeństwo, wbije się w twoje ciało niczym szpikulec do lodu. Na pewno będzie bolało.
Aśka potocznie jest bardziej znana jako Ruda. Nie będę tłumaczył dlaczego?
Naprawdę wierzę w to, że mój potencjalny odbiorca nie jest idiotą.
Najśmieszniejsze w rudości Aśki jest to, że tak naprawdę jest na blondynką. Dawno, dawno temu nie było rudości była blondość. Nie mam pojęcia, kiedy to się zmieniło, wiem tylko że odkąd ją pamiętam była ruda. No może bardziej kolor jej włosów odpowiadałby barwie ognisto czerwonej.
Zważywszy na jej kolor włosów i część charakteru można by ją było czasem określić, cytując klasyka polskiej inteligencji: małpą w czerwieni. Byłoby to zdanie zarówno oddające część jej duszy jak i krzywdzące resztę. Była w niej czasem widoczna ta maniera jedynaka, która to charakteryzowała się hmmm… pewnym zacietrzewieniem się i trzymaniem kurczowo własnego zdania, ale też potrzebą nieustannego ruch no i last but not least potrzebą bliskości innego człowieka.
Jej częścią uzupełniającą był niejaki Aleksander Łukasz Robak. Osobni ciekawy i inteligentny jakby od początku stworzony do tworzenia yang i ying z Rudą. Ciekawa z niego była też postać. Początkiem niech będzie imię, bądź też szerzej: dane personalne. Bowiem każdy z członów układu znaków, którym się podpisuje był jego wyznacznikiem, dla jakiegoś określonego kręgu znajomych. Dla jednych funkcjonował jako Aleksander vel Olek, dla innych był to Łukasz( sam należę do tego grona) a dla reszty był Robakiem ( co ciekawe tylko część tej części wiedziała, że to nazwisko a nie pseudo). Poza tym ten ateista- teolog charakteryzował się olbrzymią dawką inteligencji i…
No ale Robak będzie później…
Śmierć nadchodzi czasem cicho i niespodziewanie, czasem natomiast nadchodzi z krzykiem, świstem łyżw oraz odgłosem bezwładnego ciała uderzającego bezwładnie o lód.
Takiej śmierci się właśnie spodziewam kołysząc się nieporadnie na dwóch malutkich kawałkach metalu zespolonych z plastikowymi butami. Krok po kroku do śmierci. Wszyscy się na mnie patrzą. Wszyscy. Czekają aż poleje się krew. Krok. Krok. Krok.
Tufff
Tufff
Tuffff
Jam Godżilla na łyżwach. Upadający kolos.
piątek, 4 grudnia 2009
10
Gorzej.
Jestem jak olbrzymi ględzący bobas. Samokrytyka oznacza, że żyję. Lód nie okazał się miejscem mojej kaźni. Każdy ma takie miejsce kaźni, na jakie zasłużył.
Jest po wszystkim. Mroźny wiatr smaga moją nierówną twarz. Cholerny zimny wiatr, mentolowy wyziew Eola.
Miasto Olsztyn.
Miasto- dobre sobie. Prosta droga pouzupełniana nierównym chodnikiem w związku z ostatnimi chłodami jest dziś jakoś mniej przechodzona. Lubię takie spacery. Jestem jak chodzący Vanishing Point. Pyk pyk pyk z jednego miejsca do drugiego pyk pyk pyk i jestem już gdzie indziej. Tupot dużych stóp.
Jezu kobieto! Twój stary powinien uwolnić orkę. Gdybym był lustrem w twoim domu pierwszego dnia bym się stłukł. Dla jednych to rubensowskie kształty, dla drugich wynik hamburgeryzacji życia. Dla mnie ta kobieta jest po prostu otyła. Gruba mistrzyni nie myślenia o sobie. Można by to nawet częściowo utożsamiać z altruizmem, gdyby nie to, że nie ma w tym żadnej myśli. Po prostu jest przetłuszczenie od łydek po włosy.
oh I’m so clever, I'm so clever, I'm so clever
until my paranoia kicks in then I’ll accuse her
of doing all the worst things i do best
its funny how me fucking her about
has got me in this fucking mess
liar liar liar liar pants on fire
lies alibis lies more alibis
from the truth, i admit I’m more than shy
ain’t it the times we are living in
everybody’s doing it so why cant I?
Nigdy bym jej tego nie powiedział w twarz. Nie krzyknąłbym: Hej spasła imitatorsko życia nieotyłych ludzi! Z drogi Blobie na małych nóżkach!
Nie. Tak nie potrafię. To wszystko zostaje między mną a moimi neuronami. Przepełnienie gniewem i żółcią.
! ! R U
! G B
A A
B B
A*
*w oryginale ma to kształt serca.
zazwyczaj mam problemy
w prostym komunikowaniu się
tak żeby a znaczyło a a nie be
Idź ty kurwa z twoją przeintelektualizowaną gadką!
fakty są jasne
pragnienia proste
sukcesy nieprzewidziane
„Daj spokój! Marcela na pewno nie będzie chciała isć”
Zielone. Jezu one chyba mają z trzynaście lat a ubierają się już w płaszcze. Ja chodziłem wtedy w szerokich porach. Do tej pory gdzieś po szafach w domu kręcą się moje brunatne Fubu. Chłopcy dziś albo są parodiami skate’ów nosząc rzeczy stworzone teoretycznie dla dzieciaków z ulicy.
„Idziesz jutro do kina?
Może, a na co?”
Jak te spodnie Prosto kosztujące 200 złotych. Kurwa, jakie normalne dziecko… jakiego zwykłego rodzica stać na spodnie za 200 złotych. Albo druga strona… 15-letnia Bohema strojąca się niczym dzieciaki z Paryża. Kiedyś… kiedyś kapelusz i płaszcz zarezerwowane były dla mężczyzn. Teraz przejęły tą opuszczoną przez brzuchatych kolesi w swetrach w paski działkę dzieciaki częściej zaglądające do gazetki H&M niż książki do Historii.
Sam mam płaszcz… może dlatego tak to mnie denerwuję… dlatego tak bawi…może ja też za często czytam Logo… za często znam się na modzie…
WWA miasto szyku ale i stylowych bubli
Buty Ferrari i różowe polówki
Na mieście mnóstwo pedałów chociaż żaden nie jest gejem
Zajarali się Beckham'em i latają z irokezem
Niejeden nawinął już o kwestiach mody
Pseudo hipisi,2packi, kopie Dody
Spodnie z krowy, bandany, różowa skóra
Mam styl z bloków lecz nie wyglądam jak burak
Po tym, co noszę dobrze widać skąd jestem
Zbyt brzydki i bez lansu, by chodzić po Chmielnej
Z boku mody o której piszą różne Glamoury
Fryzury zero z boku trzy milimetry u góry
Powietrze pachnie dymem. Uwielbiam to w październiku. Czuć zbliżającą się zimę. Zapach nadchodzącej pustki pomieszany z wszechogarniającym dymem. Dymem palonych na działkach trupów roślin.
Zgłodniałem. Nie robiłem sobie obiadu wiedząc, że spotkam się dziś z Martą. No cóż mięsa nie będzie. Gulasz meksykański z soją i ryżem nie jest zły. Po setnej konsumpcji lekko już mi brzydł, ale nie stać mnie dzisiaj na większe fanaberię. Urok studenckiego życia.
„ spoko nawet było. Posiedzieliśmy w Impulu do…”
„ Wziąłeś siatkę?”
Jak będę wracał to skoczę do Biedronki.
Pasztet Ser
Mleko
Tak z dwa jabłka kupię
No i te batony …
Choco
Hmmm fajny ma tyłek. Patrzy na mnie. Utrzymaj kontakt wzrokowy, utrzymaj. Czarne duże oczy. Niezła… Impulsiara…no ale co popatrzeć na siebie można.
Może wpadnę do biblioteki? Wypożyczyłbym coś. Świetlicki? Może będzie coś tej Herthy Muller… dostała Nobla w końcu… warto się zaznajomić. Ty cholerny snobie ! Hehe! Intelektualista z Bożej łaski… może coś więcej z Amora Oza? No nic zobaczymy. Najpierw muszę jednak trzeci raz wyrobić u nich kartę… kolejne pięć złotych w plecy.
sobota, 28 listopada 2009
9
niebo już dawno nie było tak chmurzasto-błękitne
jest zima
w tym kraju zawsze zima jest
bardziej dosadna w porównaniu do innych pór roku
gdyby niebo było mężczyzną z reklam
nie wystarczyłoby wsystkich szamponów świata
by zwalczyć padający z jego głowy łupież
Kant codziennie patrzył
przez swoje okno
na wieże kościoła znajdującgo się na przeciwko
gdy widok zasłoniło mu drzewo
kazał je ściąć
na śnieg nic poradzić nie mógł
jest pięknie
Nie wiem dlaczego. Nie wiem dlaczego wtedy nie uciekałem. To przychodzi tak szybko.
Myśli …
- Masz fajkę?- Głos z ciemności wypłynął tuż za moich pleców.
Nawet nie kazałem im spierdalać. Nie miałem fajek. Przecież ja nawet nie palę. Nie liczę tych fajek wypalonych z Agatą lub Emilem na balkonie ich mieszkania.
To kwestia jednostkowa.
Mogło to trafić na kogoś innego. Trafiło na mnie. W sumie dobrze, że nie mieli noża. Za głupi byli na napad. Nawet mnie nie okradli. Sam siebie bym okradł. Tylko te kilkanaście ciosów. Sam siebie bym okradł.
Nie widziałem… Nie widziałem twarzy. Nie widziałem ich twarzy. Nie widziałem ich twarzy?
Hmmm.
….
Podobno, jak kobieta spojrzy na mężczyznę dłużej niż kilkanaście sekund to oznaka, ze się jej podoba. Ta blondynka przechodząca drugą stroną drogi była w takim razie gotowa płodzić dzieci ze mną seriami. Jej oczy świdrowały mnie bardzo długo. Jeśli było to czternaście sekund , to było to najdłuższe czternaście sekund w historii wszechświata.
Czas jest względny.
No cóż. Niektóre kobiety mają bardzo dziwny gust.
Fajne miała piersi. Kształtne stanowiące kontrast do jej wełnianego swetra. Ludzkość nigdy nie powinna wynaleźć grubych wełnianych swetrów.
Pogoda sprzyja budowaniu zdań.
Czasem
coś mi mówi że to wszystko
nie ma sensu
Od uderzenia serca do uderzenia serca chwila
Arytmia życia
Arytmia świata
Zaburzenia optymizmu ducha
Nawet joga nie pomoże ci kiedy brak jest pytań
czasem
małe ludziki w małych samochodach
pędzą między małymi budynkami
to jak piętnasta bajka o królestwie Lajlonii
Allen Ginsberg już odmówił żałobną modlitwe
czasem
czas
posprzątać zabawki
kończy się czas na relaks
Czasem
warto się cofnąć do czasów nieistniejących
obudowanych o naszą tęsknotę
żeby zobaczyć
kolistość naszych zachowań
gdyby prawdy były oczywiste
to nasze piaskownice nie byłyby ubabrane gównem
Zawsze w najważniejszych momentach brakuje kartki. W idealnym świecie twórcy przybory, nieważne czy kartka i długopis, czy sztaluga, powinny znajdować się przy każdym większym drzewie lub przydrożnej lampie. Nie musiałyby być tam cały czas. Skądże! To nie ekologiczne. Mogłoby to wyglądać jak rozciągnięta na cały świat akcja z „Zaczarowanego ołówka”.
Idziesz.
Masz pomysł.
Pyk! Pyk! Bum!Bum!
Pojawia się przybór.
No i możesz zapisać swój pomysł. Możesz go namalować. Możesz nagrać. Rób, co chcesz!
A co z resztą zawodów?
Hmmm twórca to nie zawód. No wiadomo o co mi chodzi!
Hmmm….. Nie każdy pomysł musi być w końcu doskonały!
To kwestia pogody. Powinienem jechać jednak autobusem. Mimo wszystko. Mimo, że praktycznie zawsze chodzę, a praktycznie rzadko jeżdżę. Boże! Przecież ja nawet nie mam prawa jazdy. Miałem problem ze zdaniem egzaminu na kartę rowerową, mimo że rower przez wiele lat stanowił metalowy odpowiednik moich nóg, a co dopiero mówić samochodzie, skoro do tej pory prowadziłem go i za mało i zbyt krótko. Ale jak to powiedział Wojtek Kowalczyk:
„ Po co mi samochód skoro są taksówki!”
taki czas .
taka zima.
To wszystko jest jak ze snu muzyków Bang Gang. Ja też czuję, że something wrong. Kurwa, something wrong. Czasami serce pulsuje mocniej. Pocę się bardziej niż grając w Guitar Hero. Ręce drżą mi, mimo tego, że teoretycznie nie mam się czego bać. Teoretycznie. Teoretycznie podobno saper zna się na swojej robocie. A jednak. Jednak saperzy też umierają. Taki już człowieczy los.
Wszystko rozgrywa się z reguły w pierwszej osobie liczby pojedynczej skonfrontowanej z drugą osobą liczby nieodczuwającej tak samo. Reguły gry już znam. Gorzej jak naprzeciwko ciebie staje ktoś reprezentujący pierwszą osobę liczby pojedynczej odczuwającej to samo, ale… . Skurwysyn. Nie ma takiego kombosa by wygrać bez bólu, zawsze wychodzi się z walki pokiereszowanym, a wynik brzmi:
You lose!
Tak to już bywa… życie. Banał. To jest wszystko jak w Watchmen. Kiedy jesteś mały wierzysz w dobro i zło. W dobrych i złych ludzi. A później …. Nagle się kurwa okazuje, że tego nie ma. Dobro i zło jako same w sobie nie istnieją. Są tylko uczynki. Zdarzenia i czyny. Nie ma w nich dobra lub zła z zasady. Są rzeczy często dobre dla jednej strony a złej dla drugiej. Są zwycięzcy i pokonani. I tak z sekundy na sekundę, z minuty na minutę, cały czas wszystko się toczy, role się zmieniają. Kolistość czasu.
Zbudowałem cię z wosku
(jego zapach przypomina mi pewien wiersz Stachury)
i z pustki za tymi co na pustyni
wybawiają ludziki operujące kuszą i bombami
Krainy smutku
Przemierzyłaś wzdłuż i wszerz
Zbudowałem cię z wosku
A później o tym zapomniałem
Zbudowałem cię z wosku
Odpowiadającemu kolorowi twojej cery
Nie myśląc o tym, że wosk nie jest wieczny
Zapaliłem w sobie ogień...
Tak naprawdę nie czuję nic. Oprócz zimna nic. Może lekkie obrzydzenie. Jakiś mały wredny chochlik siedzący między trąbką Eustachiasza a mózgiem podpowiada mi myśli zupełnie dla mnie nietypowe.
Kurwa mać!
Mam wrażenie, ze obudziłem się w krainie idiotów i meneli. Mijam ludzi na przystanku. Stado tworzące nietypową mieszankę kiczu, brudu i głupoty. Bardziej już kocham grunge niż ludzi zatraconych tak bardzo w ukochaniu siebie, że nie potrafią spojrzeć w lustro. Często po drugiej stronie nie ma nic. Pustka, brud i głupota.
Nie jestem zły.
To nie ten stan.
Jestem totalnie krytyczny. To taki mój sposób na odreagowanie tego co mnie dotyka. Oni patrzą na mnie jak na kosmitę. Czasem. Wiec i ja nie mam litości dla skurwieli. Jak Kuba Bogu tak i Bóg Kubie.
Nie wierze w ten świat. Nie wierze w świat wypełniony chłopcami ubranymi w różowe polówki naśladującymi to, co Dawid Beckham wypromował kilka lat temu i co dawno minęło. Świat poszedł do przodu… Taki już urok prowincji, że wszystko przychodzi później i to w najbardziej karykaturalnej formie.
Kiedyś byłem pierwszy. Byłem krok przed nimi. Pierwszy ubrałem marynarkę, później kapelusz, gdzieś była jeszcze kamizelka. A oni? Oni patrzyli na mnie z politowaniem uzupełnionym słabością. Wiedzieli, że nie mają odwagi. Tchórze zawsze wychodzą drudzy na ulicę. I nagle… Raz, dwa, trzy…Pół roku później widzę ich. Takich samych jak ja wcześniej. I ty pierwszy nie masz gdzie uciekać, gdyż nagle zamiast sobą stajesz się elementem grupy. Nieswojego świata.
Zapala ci się czerwona lampka.
To jest jak w poradniku egoisty:
Przecież nie możesz być tak jak oni! Kurwa! Przecież nie możesz być taki sam. Taki sam jak ktokolwiek!
Musisz być jednym olbrzymim Ja.
Ja
Zresztą tak naprawdę to nieistotne.
Gniew, jaki czasem mnie przepełnia, spowodowany jest tym, że… no właśnie? Może po prostu chciałbym zostać beatnikiem. Jeździć po kraju w towarzystwie polskich odpowiedników Jacka Kerouaca i Neala Cassidiego, szczególnie byłby to dziwne, gdyż w rzeczywistości chyba nie lubię takich typków jak Dean Morriarty, a w szczególności nie lubię Cosmo. Cosmo jako człowieka, nie jako artysty. Cosmo jako człowiek ma coś z Krystiana. A Krystian to chyba jedyna osoba na świecie której nie lubię, zresztą z wzajemnością.
Olsztyn zimą jako miasto praktycznie nie istnieje. To grobowiec. Pięknie obielony śniegiem grobowiec. Nie jest to świat rodem z Fallouta, ale wiele do tego mu nie brakuje. Zresztą ,jeśli można jakoś opisać to miejsce to mi przychodzi tylko jedna nazwa: Miasto- ogród. A jak wiadomo zima jest dla ogrodu bardzo nieprzychylna. Wpływ ma na to również położenie miasta. Niby nie jesteśmy aż tak bardzo na wschodzie, ale od Mińska mamy zaskakująco blisko. I wszystko , co przychodzi ze Wschodu, zaczynając od mroźnej zimy, a kończąc na gorących żołnierzach Armii Czerwonej zawsze jakoś miało do Olsztyna bliżej niż do innych miast.
I teraz przydałaby się jakaś fotografia żołnierza Armii Czerwonej. Takowego nie posiadam, a więc:
Miejsce na twoją własną prywatną fotkę żołnierza Armii Czerwonej.
Tu
środa, 25 listopada 2009
Healosz- (dedykowane L.P.)
emo-pogoda idealna na emo-czasy
zrobiła nam się druga Irlandia
padająca
na kolana
wezmą nas wspólni nobliści
zatrważająco do siebie podobni
i opowiedzą o czasach błotnistego dojrzewania
poniedziałek, 23 listopada 2009
8
511-272-009: No cześć!
632-448-227: No siema Ryś. Dobrze , że zadzwoniłeś.
Ryś: Co tam?
632-448-227: A w domu siedze. Wiesz robote dostałem.
Ryś: Gdzie?
632-448-227: Rozdaje ulotki wydawnictwa do którego złożyłem kiedyś cv. Chujówka niby ale zawsze jakaś kasa.
Ryś: Kurwa Krawiel ty to zawsze znajdziesz jakiś literacki fach
Kurwa Krawiel: Wiesz Ryś trzeba pracować. Wysłałem teksty do Reda.
Ryś : Znowu? Przecież cię już drukowali.
Kurwa Krawiel: Za dwa numery mają puścić coś nowego.
Tururururuuuuuuu
Ryś: Czekaj… dostałem wiadomość na giegie.
Kurwa Krawiel: Chuj z giegie
Kruszyna
Siemanko.
Krzysiek
Siema, a co tak szybko uciekles?
Kruszyna
A musiałem ojcu pomóc.
Krzysiek
Kurwa Krawiel: Jesteś?
Ryś: Jestem Michasiu jestem hehhehhe. Czekaj.
Krzysiek
z/w
Kruszyna
Ok.
Ryś: No już.
Michaś: Słuchałeś już nowego Buriala?
Ryś: Nie , a wydał coś?
Michaś: Epke, konkretna nawet…wiesz… mocny dubstep no i plus lekki industrial.
Ryś: Ściągnę sobie.
Michaś: Ściągnij. Stary Burial rządzi. Stary wiesz arfggdjh
Ryś: Co?! Powtórz bo coś niewyraźnie słyszałem.
Michaś: Byłem wczoraj na slamie w takim starym squacie. Wiesz gromadka antify tam sobie gniazdko uwiła. Nawet fajne
Ryś: Czytałeś tam coś?
Michaś: Chciałem, ale tam takiego gościa spotkałem, co to wcześniej był na slamach, taki starszy, nawet nieźle pisze, no i żeśmy sobie popili bo on flaszke miał i już mi się nie chciało
Ryś: hehehe bohema!
Michaś: A co!? Olsztyn rządzi hehehe. Wujek Michał jest we Wrocławiu to niech wiedzą, że przyjechał.
Ryś: Tylko kurwa znowu nie wal głową w mur jak na tych spotkaniach w Warszawie. Do tej pory mamy złą sławe.
Michaś: Krzysiek spoko. Przynajmniej staliśmy się legendą hahaha
Krzysiek: Taaa czarną owcą raczej. Swoją drogą do tej pory zastanawiam się jakim cudem w tydzień po powstaniu grupy ktoś o niej wiedział w Toruniu i jeszcze wyszła opinia że jesteśmy bandą aroganckich skurwysynów.
Michaś: Dobry ten czerwic był…
Krzysiek: Ale skończył się. Czerwce czasem się kończą.
Michaś: Piszesz coś ?
Krzysiek: Mam trochę nowego materiału…
Michał: Wyślij mi.
Jeszcze nie zaopiniowałeś starego.
Michał: Dałem Makowskiemu. Nie podobało mu się. Musisz jeszcze popracować… Może dadzą to za dwa numery..
Krzysiek: A może Makowski by w końcu drugi tomik wierszy napisał?! Bo nasz Rimbaud to cierpi na syndrom siedemnastoletniego geniusza i chuj z tego
Michaś: Hahahaha no Ryś wyrabiasz się…
Ryś: Może w końcu nauczę się pisać hehhehehe. Widziałeś ostatnio Miśkę?
Krzysiek: Co ty? Nie miałem jak i kiedy. Sam wiesz, że my się praktycznie nie spotykamy. Może Chyła czasem do nich wpadnie, ale to rzadko.
Michaś: Wiesz, że się porobiło.
Krzysiek: Wiem, to musiało się tak skończyć. Porobiło się, porobiło. Urok malutkich bohem hehe… Wiesz, myśle że tak to się nie skończy, że któreś z nich będzie chciało choć na moment, na moment przestać być artystą… wiesz to są uczucia
Michaś: Oni zbyt dużo ćpają.. i tak jest im dobrze…
Krzysiek: Do czasu, do czasu…pewnie…myśle że nie można długo bawić się w pełni otwarte małżeństwo bez zranienia drugiej osoby.
Michaś: Dla mnie to fasada, to co mówią… to co oni mówią jest nieważne… mogą pieprzyć o otwartym związku… jego to jara wiesz, on chce być artystą za wszelką cenę, ale tak naprawdę nie będzie taki jak ty czy ja…
Krzysiek: Pamiętam tą rozmowę w Molotovie hehhehehe
Michaś: Krystian chciał być robotnikiem, walczącym socjalistą, ale nie mógł być, nie może… jak syn prawników może być robotnikiem…
Krzysiek: Przecież on nie przepracował jednego dnia…
Michaś: Bo widzisz Ryś najbardziej zaciekłymi socjalistami, są ci którzy widzieli robotników tylko w telewizji albo obok nich przechodzili…
Krzysiek: Przecież wiem… wiesz jaki jest mój stosunek do socjalizmu…
Michaś: Hehehe uważaj bo Antifa cię zajobie Ryś
Krzysiek: Rysie są pod ochroną hehehh. Pieprzą mnie faszyści i pieprzy mnie Antifa
Michaś: Żeby cię od tego dupa nie rozbolała hehehehe
Krzysiek: Spadaj! Hhehehe Tak mi się pieprzneło.
Michaś: Literat! Polonista! A pieprzy… hahahha
Krzysiek: Dobra…dość! A co tam u Szuby?
Michaś: Siedzi obok mnie… no i cię pozdrawia.
Krzysiek: Dzięki, wzajemnie. Widziałem nowe zdjęcia- zajebiste.
Michaś: Wiesz jak to jest. Jak ma dziewczyna pomysł to robi.
Krzysiek: Ja tylko jednego się boję…
Michaś: Czego?
Krzysiek: Że kiedyś kliknę w necie na nowy akt zrobiony przez nią akt…
Michaś: No i ?
Krzysiek: I wyskoczy twoje nagie ciało! Hahahaha
Michaś: Hahahahaha mój chuj rozjebie ci ekran…
Krzysiek: Taaa chyba ten się wcześniej ze śmiechu rozpadnie.Hahahaah. A ja już nic więcej nie zjem w życiu.
Michaś: Dobra! I tym optymistycznym akcentem zakończymy tą rozmowę.
Krzysiek: No trudno!
Michaś: Idę kupę zrobić!
Krzysiek: Wysraj się!!!!! Nara
Michaś: Nara Ryś!
Krzysiek
Ok.
Już jestem
Kruszyna
Ok.
Krzysiek
Będziesz dziś na Bielskiej?
Wezwani do sprawy policjanci CBŚ ustalili, że Wiesław S. dwa dni wcześniej połknął ponad 80 kapsuł z kokainą. Polak został przewieziony do szpitala, lekarze stwierdzili w jego organizmie jeszcze kilkanaście narkotykowych kapsuł. Jego życiu i zdrowiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
Kruszyna
Pozałatwiam parę spraw i wpadnę
Krzysiek
27 % z pliku Nas- Illmatic
Szacowany czas pobrania: 14 minut 20.2 z 68 Mb (48 Kb/s)
N- n- now th- that don't kill me
can only make me stronger
i need you to hurry up now
cause i can't wait much longer
i know i got to be right now
cause i cant get much wronger
man i've been waitin' all night now
that's how long i've been on ya
i need you right now
i need you right now
Kruszyna
Uderzyłem kogoś wczoraj?:D
Krzysiek
:D
Nie
aco?
A co?
Kruszyna
Bo mnie coś łokieć boli
Krzysiek
Może ci Kac tak dziwnie wychodzi:P
Kruszyna
Może
:D
Mężczyzna wykorzystując uzależnienie służbowe podległych mu funkcjonariuszy Policji, jak i pracowników cywilnych, wielokrotnie przekraczał uprawnienia w celu osiągnięcia korzyści majątkowych. Wielokrotnie wydawał polecenia wykonywania nieodpłatnie, bez umowy, w czasie pełnienia służby bądź wykonywania obowiązków w ramach stosunku pracy, prac fizycznych związanych z budową swojego domu. Wykorzystywał przy tym sprzęt będący na stanie Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi, działając tym samym na szkodę interesu publicznego.
And I Wonder if you know
What it means, what it means
And I wonder if you know
What it means, what it means
And I wonder if you know
What it means to find your dreams
I've been waiting on this my whole life
These dreams be waking me up at night
You say I think I'm never wrong
You know what, maybe you're right, aight
And I wonder if you know
What it means, what it means
And I wonder if you know
What it means to find your dreams
You say he get on your f**king nerves
You hope that he get what he deserves, word
Do you even remember what the issue is
You just trying to find where the tissue is
You can still be who you wish you is
It ain't happen yet
And that's what the intuition is
When you hop back in the car
Drive back to the crib
Lekkie muskanie, które jest zapewne pukaniem do drzwi buduje korelacje z cichnącą nagle muzyką.
-Proszę!
niedziela, 22 listopada 2009
sobota, 21 listopada 2009
7
A właściwie:
Droga Madziu!
Nigdy nie miałem doświadczenia w pisaniu listów. Może właśnie, dlatego nigdy tego listu nie napisałem i nie napiszę do ciebie. Zostanie on na krótki moment pamięci w mojej głowie. Mimo wszystko jednak na wstępie przepraszam Cię za wszelkie niedoskonałości słowne i formalne.
Piszę ten list, gdyż uznaję że już na to pora. Pięknie wyglądasz teraz gdy siedzę na szafce i obserwuję Cię pijącą herbatę. Wiesz, że dla mnie zawsze pięknie wyglądałaś i nie są to puste słowa, co mi zarzucałaś wielokrotnie. Potrafię kłamać. Przyznam, że wiele razy wysługiwałem się kłamstwem jako odpowiedzią na dotykające mnie problemu. Z kłamstwa stworzyłem sobie tarczę przed odpowiedzialnością za to kim jestem i jak żyję.
Kłamstwo to ja.
Piszę do ciebie, bo widzę cię teraz przed sobą. Gdyby w życiu coś człowiek powinien. Gdyby „powinniśmy” nie było idiotyczną formą nakazu zawierającą elementy marzenia i konwenansu to napisałbym, że ten list powstaje, gdyż powinniśmy ze sobą więcej rozmawiać. Nie napisze tak, gdyż rozmawiamy ze sobą dużo. Można by nawet powiedzieć, że rozegraliśmy wszystkie warianty scenariusza, te które miał miejsce w rzeczywistości i te wyimaginowane, za pomocą słów.
Może jest w tym coś z Junga. Wiem. Praktycznie nie czytałem Junga, ale chciałem dodać do tego myślo-listu odrobinę elokwencji i oczytania. Jung mi się wprawdzie źle kojarzy( z jedynego egzaminu, na który czytałem Junga dostałem dwóję), ale jest ogólnie znany. Poza tym ty znasz Junga i po raz kolejny moglibyśmy się posprzeczać.
To nie powinno pójść w tą stronę
Uznajmy akapit z Jungiem za nieistniejący. I tak będzie, skoro ty i tak nie przeczytasz tego listu, a ja go nie napiszę.
A więc:
Droga Magdo!
A właściwie:
Droga Madziu!
Nigdy nie miałem doświadczenia w pisaniu listów. Może właśnie, dlatego nigdy tego listu nie napisałem i nie napiszę do ciebie. Zostanie on na krótki moment pamięci w mojej głowie. Mimo wszystko jednak na wstępie przepraszam Cię za wszelkie niedoskonałości słowne i formalne.
Piszę ten list, gdyż uznaję, że już na to pora. Pięknie wyglądasz teraz, gdy siedzę na szafce i obserwuję Cię pijącą herbatę. Wiesz, że dla mnie zawsze pięknie wyglądałaś i nie są to puste słowa, co mi zarzucałaś wielokrotnie. Potrafię kłamać. Przyznam, że wiele razy wysługiwałem się kłamstwem jako odpowiedzią na dotykające mnie problemu. Z kłamstwa stworzyłem sobie tarczę przed odpowiedzialnością za to kim jestem i jak żyję.
Kłamstwo to ja.
Piszę do ciebie, bo widzę cię teraz przed sobą. Gdyby w życiu coś człowiek powinien. Gdyby „powinniśmy” nie było idiotyczną formą nakazu zawierającą elementy marzenia i konwenansu to napisałbym, ze ten list powstaje gdyż powinniśmy ze sobą więcej rozmawiać. Nie napisze tak, gdyż rozmawiamy ze sobą dużo. Można by nawet powiedzieć, że rozegraliśmy wszystkie warianty scenariusza, te które miał miejsce w rzeczywistości i te wyimaginowane, za pomocą słów.
Nie wiem. Nie mam pomysłu co ci powiedzieć/ napisać. Czas już minął. Czasem mówisz, że już wszystko przeanalizowaliśmy. Mamy za sobą kilka rozmów, słowotoków zakończonych ogólnym stwierdzeniem, że jest już ok, a nawet bardziej niż ok.
Zostało mi jedno słowo.
I mam je na końcu języka.
piątek, 20 listopada 2009
Niski poziom absurdu rozdział 6
-A ty Roki to zawsze jakiś roszczeniowy jesteś? Nie pochwalisz, że ładnie wyglądam…- po raz kolejny zaczynamy grę słów i skojarzeń. Taki Miliard w Rozumie abstrakcji.
-Ładnie wyglądasz. Kupiłeś chleb?
-Materialista!- Podnoszę głos udając oburzenie- Męska szowinistyczna świnia. Kupiłem!
Roki krząta się po kuchni. Poza tym pustka.
-Sam jesteś męska świnio?
-Sam. A poza tym pije. I kradnę! Bo każdy pijak to złodziej!
-I pewnie jeszcze kłamiesz! Bo kto kłamie, ten kradnie!- Kończymy show i zaczynamy normalną rozmowę.- A gdzie Kruszyn?
- Poszedł do domu.
-Jak to?- Przyznam, że zniknięcie Tomka bardzo mnie zdziwiło.
- No matka dzwoniła I że niby ma przyjść coś pomóc- Roki zaczął wydłużać zdania- Jaaaa nieeee wiieeeem- Teraz już przypomina wijącą się jaszczurkę, jednak po sekundzie wraca do normalnego toku rozmowy- Myślałem, że się minęliście.
-No nie właśnie. Pewnie poszedł na Synów Pułku- Zakupy całe już rozładowane- Mówił coś jeszcze?
-Że na pewno popołudniu będzie na Bielskiej.
-I na pewno alkohol będzie chciał tam pić?!
Powracamy do ogrodu sarkazmu.
-Pewnie tak. Wiesz jak tam jest…
-Melina….
-No tak. Dziewczyny piją dniami i nocami.
- A jeszcze jak tam ta Aśka jest!- Zaczynamy przypominać stare dewotki budujące swoje życie na obrazach z okna.
-Panie!- Roki wyszczerzył oczy jakby chciał mi przekazać tajemnice wszechświata.- Ta ruda to Sodomia i Gomoria!
-Wiem panie- Przytakuje mu bezapelacyjnie- Gomoria! Gomoria!
-I tam jedno z drugim takie rzeczy- Roki skręca ręce w dziwny sposób starając się zobrazować galimatias.
-Ruchają się? –Staram się ukazać zdziwienie połączone z ciekawością.
-Panie jakby się ruchali to jeszcze pół-biedy. Każdy kiedyś się ruchał.
-No podobno nie. No wie pan, kto się podobno nie ruchał?
- Wiem ,wiem, ale to mój ojciec, więc to tylko plotka.
-Plotka ma krótkie nogi. Jest malutka jak Wiola. Tyle, że plotka jako sama w sobie maleńkość nie zakrzyknie nigdy: „Moc jest z nami- z krasnoludkami!” Ale do rzeczy. Gadaj pan!
-A więc….
-Nie zaczyna się zdania od : A więc…
-No to….hmmmm….. A chuj!
-Tak lepiej! Kontynuujcie panie…
-A chuj! A więc…. Większość się kiedyś ruchała. Ja sam się ruchałem.
-Ale tak sam siebie?
-Ciii. Panie takie rzeczy przy dzieciach?!
Rozglądam się dookoła, przy okazji otwierając jogurt.
-Panie, ale tu dzieci nie ma!
-Jak to nie ma!? Rodziców pan ma?
-Mam.
-To jest pan dzieckiem! Więc ciiiiii- Jest taka scena w „Weselu ” Smażowskiego, kiedy pijany Arek Jakubik idzie po sali oznajmiając, że główny bohater ma sekret.
A robi on to przystawiając palec do ust i mówiąc:
Ciiiichoooo kurwa!Ja wiem wszystko! Aaaale nie powiem! Ciiiicho kurwa! – Roki w tym momencie wygląda podobnie.
Postanawiam uciąć rozmowę, gdyż zaczęła być ona dla nas obu lekko wtórna i nużąca.
-Dziewczyny na górze są?- To zdanie jest jak napis Game Over.
- Pewnie tak. Aśkę na pewno słyszałem.
-To idę zobaczyć w takim razie, co robią.
-Idź! Idź! A ja sobie białasa ugotuje!
-Świnia!
-Co świnia znowu? Bardziej rasista, bo białych gotuje! -Game is not over nigdy.
-Nygro.
-O! same komplementy z rana. To idź już!
-Idę, idę. Ale jeszcze wrócę!
-Zawsze wracacie!
Czas jest kolisty.
Koło, choć nie ma początku, ani końca ma coś takiego jak punkty styczne. Miejsca, od których mierzy się jego obwód.
Czas.
Czas ma miejsca styczne. Narodziny i śmierć.
Pomiędzy punktami stycznymi, są inne punkty styczne. Dzieciństwo, starość etc.
Najmniejszą formą styczną jest sekunda- ale życie zmienia się w ciągu sekundy bardzo rzadko.
W ostatnim czasie punktami stycznymi dla mnie był okres od jednego wejścia po schodach do drugiego.
Zawsze na górę, ale chyba rzadko pod górkę. Takie już są uroki życia na najniższym poziomie mieszkania. Najniższy poziom mieszkania…. hmmmm to brzmi ciekawie. Dwoistość słów powoduje to, że mogę zarówno mieszkać na parterze jak i w slumsach Rio. Słowa dają nam wielkie możliwości.
Już przy pralni słyszalny jest szum płynący z kuchni na górze. Ogólnie żeńskie głosy uzupełniane jednak bardzo intensywnie i mocno przez Gracjana:
- I choćby skały srały zdobędę pieniądze od uniwersytetu na ten spływ.
Moje wejście na krótko przerywa jego przemowę .
-O! Krzysiu!- Wytrącony zauważa moją obecność- Siemano. Pomyśl, że te chuje z uniwerka nadal jeszcze nie zdecydowały czy dadzą pieniądze na spływ.
Zgodnie z jego rozkazem pomyślałem.
-Uwierzysz w to?
Pytanie było retoryczne. Uwierzyłem.
- Ale chyba mają jakiś okres urzędowo ustalony na rozpatrywanie takich wniosków?- Na pewno mają, więc tym pytaniem staram się lekko uspokoić naszego domowego szefa płetwonurków.
- Tak mają. Dwadzieścia jeden dni.
Dwadzieścia jeden dni…
21 dni
To w sumie nieistotne.
Istotny
…
Widok kuchni
(gdybym umiał rysować to bym go narysował, a tak opisuję, choć będąc uczciwym nie wiem czy umiem pisać)
od myślników:
-kuchnia ładna nowoczesna
-Ja(to niegrzecznie zaczynać od siebie, więc zacząłem od kuchni) stojąc siedzę( tak! Tak! Mogę tak robić ze względu na moje gabaryty) opieram się/ na szafce dolnej w pobliżu zlewu
-Gracjan oparty jest od kuchenkę
Powinienem zacząć od kobiet.
W pewnym sensie kuchnia jest kobietą, więc usprawiedliwiam sam siebie
-Koza stoi oparta o szafkę , tak mniejwięcej w połowie drogi między mną a Gratką(Gracjan)
- Magda i Aśka siedzą przy stole(nowoczesnym więc małym i niefunkcjonalnym, a na dodatek wyglądającym bardziej jak element wystroju speluny niż dostojny wiktoriański mebel)
Poza stolikiem i setką butelek rozlokowanych po całym domu, stancja nie przypomina speluny.
Przeważnie…
no dobra!
Od czasu do czasu.
Powróćmy do wydarzeń bieżących.
Aśka zbliża się do mnie przybierając posturę pełzającego potrzebowacza ciepła
-Masz coś słodkiego?- Zawsze
ale to zawsze, czyli często słyszę to pytanie.
Wypowiedziane naprawdę zawsze w taki sam sposób.
To nasz rytuał.
Ja wchodzę do ich kuchni. Ona wchodzi do mojego pokoju.
Aśka( często będąc w chyba różowym szlafroku ) pyta:
-Masz coś słodkiego?
Z reguły nie mam.
Więc:
Odpowiedzi są dwie:
A) Mam! Siebie!
B) A co ja jestem? Cukiernia?
Za to, w jaki sposób mnie pyta oddałbym jej wszystkie słodycze świata( za co ona by mnie zabiła bo się odchudza).
- sylwetka lekko skulona
-różowy szlafrok
-głowa opuszczona pochylona bardzo do przodu
-krok bardzo a to bardzo tuptający
- głos pięcioletniej dziewczynki witającej ojca po jego powrocie z delegacji
-wzrok: kompilacja wszystkich spojrzeń bohaterów „Zakochanego kundla” połączona z wzrokiem Shirley Temple w latach świetności
Kobiety są skomplikowane
.
niedziela, 15 listopada 2009
czwartek, 12 listopada 2009
Niski poziom absurdu rozdział 5
Kwestia odczuć.
Zawsze tak jest. Odczucia potrafią zapanować nad rozumem.
Może jednak nie będzie tak źle z tą wiosną. Było wcześniej fatalnie. Zimno i deszczowo.
Co z tą wiosną?
Zapytałby Tomasz Lis w swym nowym programie telewizji jakiejkolwiek. Jakakolwiek telewizja dałaby mu władzę i możliwość bycia sumieniem narodu. Bogiem dziennikarstwa.
W S
T A
W
D I
AG
R
A
M
:
Schemat Ewolucji autorytetu czasów obecnych.
Miasto huczy.
Samochody poruszają się ruchem jednostajnym na trasie gdzieśtam- gdzieśtam-gdziekolwiek.
Skoro dziś weekend to jesteśmy w sklepie. Całkiem niezły sposób na spędzenie wolnego czasu. Sam często lubię wybrać się w niedziele do jakiegoś hipermarketu.
Mam czas.
Mam wtedy czas na powolny konsumpcjonizm. Konsumpcje w stanie czystym. Czasem mam wrażenie, że Lechu przeskoczył przez płot tylko dla mnie. Przeskoczył abym spokojnie mógł zastanawiać się w Tesco, które oliwki wybrać. Te większe ale puste w środku, czy te drylowane wypełnione papryką.
Świat uwolnił w nas egoizm. Egoizm tak naturalny dla tego narodu. Egoizm tłamszony przez lata w imię lepszej sprawy.
Egoizm tak wielki, że pozwalający nam być altruistami.
-Pane! Pane!- Mały czteroletni Rom chyba czyhał tylko na mnie pod Biedronką- Daj złotówkę! Na bułkę!
Yhm na bułkę. Jasne!
Romska Drużyna- A stojąca nieopodal Biedronki wyglądała na bardzo wygłodniałą. Każdy z tych „opiekunów” młodego miał wygląd rodem z MMA, więc wszystkie moje bezczelne odzywki w stylu:
„To może kupie ci bułkę” (oni by mi już sprzedali bułę)
wolałem schować do kieszeni.
Presja czterolatka była niesamowita , więc dałem mu całe 2 złote.
Toż to kradzież w biały dzień.
Na odchodne chyba usłyszałem dziękuję, ale nie jestem pewien, bo młody znalazł już kolejnego darczyńcę, który dołoży mu do najdroższej bułki świata.
To są jedyne momenty, kiedy rodzi się w moim umyśle nacjonalizm. Faszyzm stanu czystego, taki który rodzi się w sercach każdego uczciwie zarabiającego człowieka, który jest zaczepiany przez żebraka innej maści. Swoi to tylko nieroby. Inni to szkodniki społeczne.
To nieistotne.
wtorek, 10 listopada 2009
Niski poziom absurdu rozdział 4
Królowo studentów!
Matko nasza!
Pocieszycielko nasza!
Opiekunko nasza!
To ty stworzyłaś parówki po pięć złotych za kilogram
Wodę po pięćdziesiąt groszy
Ciastka admiralskie za trzy złote
O Pani nasza!
Z dobytkiem swoim nas pojednaj!
Dobytkowi swojemu nas polecaj!
O dobytku swoim nas informuj!
Hare Biedronka ! Hare kochana!
Hare! Hare! Hare! Hare!
Hare Biedronka! Hare kochana!
Hare! Hare! Hare! Hare!
O Biedronko!
Królowo studentów!
Matko nasza!
Pocieszycielko nasza!
Opiekunko nasza!
To ty stworzyłaś parówki po pięć złotych za kilogram
Wodę po pięćdziesiąt groszy
Ciastka admiralskie za trzy złote
O Pani nasza!
Z dobytkiem swoim nas pojednaj!
Dobytkowi swojemu nas polecaj!
O dobytku swoim nas informuj!
Hare Biedronka ! Hare kochana!
Hare! Hare! Hare! Hare!
Hare Biedronka! Hare kochana!
Hare! Hare! Hare! Hare!
O Biedronko!
Królowo studentów!
Matko nasza!
Pocieszycielko nasza!
Opiekunko nasza!
To ty stworzyłaś parówki po pięć złotych za kilogram
Wodę po pięćdziesiąt groszy
Ciastka admiralskie za trzy złote
O Pani nasza!
Z dobytkiem swoim nas pojednaj!
Dobytkowi swojemu nas polecaj!
O dobytku swoim nas informuj!
Hare Biedronka ! Hare kochana!
Hare! Hare! Hare! Hare!
Hare Biedronka! Hare kochana!
Hare! Hare! Hare! Hare!
Starczy!
poniedziałek, 9 listopada 2009
Niski poziom absurdu rozdział 3
Nie jest taka zła…
Nigdy nie czekałem na nią, tak jak nie wierze zwykle podstarzałym rockmanom, tak mało już mnie obchodziła Chinese Demoracy. Co ja tam w ogóle pamiętam… Axla, Slasha i Welcome in the Jungle
Niektórzy od dziecka słuchają death metalu. Od trzech tysięcy lat…
Aqua, Modo, La Busche, Alexia- ja: przedział wiekowy 6-9 lat. O ile pamiętam ,to wszystko zmieniło Voodoo People. Chłopcy na koloniach słuchali Pantery. Ci starsi. Ja zobaczyłem Keitha Flinta i otworzyły się wrota Mordoru.
I'm the trouble starter, punkin' instigator.
I'm the fear addicted, danger illustrated.
I'm a firestarter, twisted firestarter.
You' re the firestarter, twisted firestarter.
I'm a firestarter, twisted firestarter.
I'm the bitch you hated, filth infatuated.
Yeah. I'm the pain you tasted, well intoxicated
Aśka nie lubi Prodigy. Nigdy nie lubiła. Były dwie Aśki. Jak Twoface.
Swoją drogą biedak nigdy nie doczekał się dobrego wykreowania jego postaci w filmie. Najpierw Tommy Lee Jones zagrał jedną z najgorszych ról w swoim życiu , a później Aaron Eckhart dobrze zagrał tylko Harvey’a Denta. On nie nadawał się na Two Face. On był Harvey’em Dentem. Zbyt dobrym, zbyt ulizanym, zbyt poprawnym, żeby nadawać się na zło. Brutalne, krwawe, zranione zło.
Były tylko dwie Aśki.
Tak naprawdę to było ich wiele. Koniec końców teraz jest tylko jedna. Albo aż jedna. Jak kto woli.
Patrzę na swoją skórę. Ciemne, chude rączki. Kiedyś znajoma Marty spytała się czy jestem Pakistańczykiem. Nabrała odwagi, by zadać mi to pytanie dopiero po opróżnieniu butelki wina.
Nie jestem Pakistańczykiem.
Podobno mam azerskie korzenie. Przynajmniej tak usłyszałem kiedyś, od któregoś członka swojej rodziny. Dobry materiał na mit. A mity kształtują życie. Mit Bielskiej, mit łun nad miastem, mit czerwca kiedy zaczęło się Euro, mit Souflaja i mit- mitów, czyli Olsztyn Wschodni dziwko! Nigdy nie byłem Pakistańczykiem. Nawet jakbym spędził lata w solarium leżąc na łóżku solarnym i czytając Koran nie zostałbym Pakistańczykiem.
Jestem egoistą- nie obcokrajowcem.
Milczę
w sekundach mikrochwil
przerywających makrosłowotoki
Kiedy połączenia nerwowe wołają o pokarm
Żywię je fast foodem informacji
Na śmietniku mojego umysłu
Mudżahedini bawią się z koniem Joli Rutowicz
Illusion zamiera. Teraz ja. Walka na muzykę.
Raz, dwa, trzy… pierwsze hi-haty, pierwsze loopy…
La Coka Nostra z gościnnym udziałem Snoop Dogga…
Bang Bang
Tomek się uśmiecha.
- Ty i ten twój hip-hop- Ta szydercza żmija się ze mnie podśpiewuje.
Jakby tak popatrzeć to jestem rodzynkiem wśród znajomych. Muzycznym trędowatym. Kerouac (często o nim ostatnio myślę) słuchał be-bopu –muzyki czarnych. Ja też słucham muzyki czarnych. To jedno nas łączy.
Zdania są coraz bardziej soczyste… loop za loopem sączy się z głośników.
Bloody Sunday, Black Sabbath
The pope’s a pedophile with a drug habit
We’re all clinically depressed, they got us all manic
We keep swallowing their pills so we don’t fucking panic
Run for the hills, grab your automatic
Bring your big black boots and your fighting gloves
Psychorealm’s in the house screaming out, “Fuck love!”
Fuck love? A może jednak love fuck? Brakuje mi zapachu kobiecych ud, drżenia ich drżących brodawek. Brakuje mi ich uśmiechów. Brakuje mi…
Wysypuje odrobiną tabaki na płytę. Dziele ją jakbym był stałym klientem karteli z Sinaloi lub pogrobowcem idoli z Medelin. Robię to zaskakująco sprawnie zważywszy na to, że moje doświadczenie z amfetaminą jest epizodyczne.
Zawsze wolałem alkohol.
Trzy ruchy kartą biblioteczną i kreski są równe niczym niemieckie drogi. Kolejny rozdział z cyklu: literatura i używki. Jako, że zwykle nie mam przy sobie stuzłotowych banknotów, namiastką bohemy musi być dla mnie ucięta rureczka, taka którą sprzedaje się w tysiącach opakowań. Nie pije soków, więc zażywam przez nią wyłącznie tabakę. Czerwony red bull wypełnia moje nozdrza. Świeży. Mocny. Oczy napływają mi łzami.
Co daje ci tabaka?
Słyszałem to chyba z tysiąc razy. Odpowiedź mam zawsze taką samą: nic.
Jesteś moją kokainą. W tym sęk, że w tabace jest dla mnie coś bardziej mistycznego a zarazem coś żywotnego. Często mówiąc o tabace nasuwa mi się obraz kaszubskich mężczyzn siedzących przed domem i zażywających z tabakiery. Mimo, że tabaka przybyła na Kaszuby sto lat temu, wydaje się tak bardzo złączona z kulturą tego narodu, że jest ona już mitem kulturowym. A mity są bardzo mistyczne.
Tabaka to Kaszubi. Kaszebe to tabaka. Związek dwóch silnych podmiotów, pełen pasji, miłości i przeciwieństw.
No i nie poszło. Jedno kichnięcie za drugim.
- A co na to dziadek?- Kruszyna siedzi na fotelu i wyraźnie rozbawił go mój widok.
-Przewraca się w grobie!- Zawsze jak kicham po tabace ta wymiana zdań znajduje jakoś swoje miejsce w dyskusji.
Jako pół- Kaszub buduje swój tabaczny mit. Heros tabaki i inne takie. Tylko zabrudzony nos, z którego kapie od czasu do czasu brązowo-czarna maź stanowi rysę na wizerunku stachanowca zmielonego tytoniu.
Jest pewien taki moment pulsowania umysłu.
Jakieś dwadzieścia trzydzieści sekund, które dają zażywającemu wrażenie olbrzymiego odświeżenia organizmu. Może jest to złudne i wywołanie podrażnieniem dróg oddechowych przez tytoń, ale te kilkadziesiąt sekund powoduje, że ten brązowy pył zawsze znajdzie swoich adoratorów.
Mam jak zwykle ubrudzony czubek nosa. Używki czasem odpędzają kobiety. Z tabaką jest podobnie. Tyle, że w tym przypadku chodzi o kwestie estetyczne. Można być najpiękniejszym człowiekiem świata, mieć budowę Apolla, umysł Stephena Hawkinga oraz elokwencje Umberto Eco a dla wielu kobiet będzie się odpychającym człowieczkiem, kiedy głównym punktem waszej rozmowy będą twoje drogi nosowe zapchane grudkami tabaki oraz brązowo- błotniste ślady na nosie i wąsach( lub w tym miejscu, w którym one powinny być). I nagle z nieba metro-przystojniaków lądujemy w piekle pryszczatych zakatarzonych grubasów.
Trzeba coś zjeść.
Trzeba coś zrobić.
!
Ogarnia mnie kacowy szał. Zwykle na kacu człowiek stara się udowodnić sobie i innym, że nie jest na kacu. Ja zaczynam od pójścia do Biedronki. Zbieram zamówienia. Głównie alkohol i bułki. Prawie Chrystusowy zestaw.
Buduje konstrukcje.
Zawsze, wszędzie i ze wszystkiego buduje konstrukcje. Kwestie dopasowaności. Słowa w zdania. Zdania w przekazy. Przekazy w obraz. Buduje wiersze i własną osobowość.
Dziś zbudowałem siebie-
- moją wizje własnego wyglądu:
zielona koszulka z napisem Lama Sound Systema
+
błękitne bokserki
+
brązowe skarpetki
+
jasnokremowe spodnie nieznanej firmy
+
czarne duże okulary ala Sylwester Stalone w Cobrze marki H&M
+
brązowa tweedowa marynarka połatana w nowoczesny sposób
+
kapelusz ze słomki poliestrowej
=
Ja
Wychodzę na powierzchnie
jako ugruntowane wyzwanie dla mężczyzn w niedopasowanych spodniach, fanatyków adidasów i zwolenników koszulek bez rękawów.
Ten kto wymyślił koszulki bez rękawów powinien przejść szkołę śmierci w Guantanamo.
Drzewa w ogrodzie kołyszą się nieśmiało popychane przez wiosenny wicher. Jest cieplej niż mi się wydawało. Cumulonimbusy stworzyły wraz z słońcem świat nieba idealnego.
Na ulicy jest nieskazitelnie cicho.
Dzielnica z łatwością zaakceptowała taki stan. Wszystko, co nieskazitelne jest tu bardzo pożądane. Od samego rana nieskazitelni mężczyźni w nieskazitelnie białych slipkach chodzą po nieskazitelnych mieszkaniach drapiąc się po nieskazitelnych brzuchach i w obecności nieskazitelnej rodziny puszczają nieskazitelne bąki.
Nie lubię bąków.
Są takie nieludzko ludzkie.
P
R
R
U
F
F
!
!
F
U
J
!
!
!
Ciekawe co robi Marta?
Hmmmm
Kiedyś jak mieszkałem na Nagórkach widzieliśmy się codziennie. Pamiętam nasz pierwszy powrót pietnastką. Wysiedliśmy na jednym przystanku i dalej dyskutowaliśmy o Bóg wie czym.
O Liberze?
Tak o „Madame”.
Kilka miesięcy później dowiedziałem się, że ona przeczytała Libere tylko, dlatego, że podobała się temu idiocie.
No cóż nieszczęśliwe miłości czasem dają coś dobrego zakochanym.
No i tak szliśmy, szliśmy, rozmawialiśmy, rozmawialiśmy, aż ona przystanęła i powiedziała:
-No dobra! Nie musisz mnie dalej odprowadzać. Ja tu mieszkam.- Wyraz jej twarzy uzmysłowił mi koniec spaceru.
Poczułem się lekko skonsternowany.
-Ale ja cię nie odprowadzam!- Mocno ją zdziwiło to zdanie- Ja też tu mieszkam! No tylko blok obok.
I tak zostaliśmy sąsiadami.
Na całe nasze życia.
sobota, 7 listopada 2009
Niski poziom absurdu rozdział 2
Robert( w stronę rozmówców):
Ach! Panowie! Kawa to napój dżentelmenów!
(Tomasz i Krzysztof potakują głową na znak potwierdzenia jego słów)
Odkąd ten uroczy napój przywędrował do nas z Turcji, ten kraj rozkwita intelektualnie i umysłowo.
Tomasz ( w stronę Roberta)
Robercie…
Robert
Tak?
Tomasz
A nic w sumie
Krzysztof (stanowczo)
Tomaszu! Po co znów bezużytecznie strzępisz język?
Tomasz
No bo wiesz…
(zaczyna rozbrzmiewać muzyka musicalowa)
Ja luuuuubięęęęę (przeciągle)
(szybko) mówić, mówić, mówić, mówić
mówić, mówić, mówić, mówić, mówić,
ciągle, przeciągle
mówić, mówić, mówić, mówić,
mówić, mówić, mówić, mówić,
(Tomasz zaczyna stepować. Dołączają do niego pozostali mężczyźni, grupa roznegliżowanych tancerek, różowe flamingi i kilka pingwinów)
mówić, mówić, mówić, mówić,
mówić, mówić, mówić, mówić,
mówić, mówić, mówić, mówić,
mówić, mówić, mówić, mówić,
mówić, mówić, mówić, mówić,
mówić, mówić, mówić, mówić,
Ja lubię (wielki finał wszyscy śpiewają i klęczą)
Móóóóóóóóóówwwwwwiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiććććććććććććććć
Tak!
(Koniec piosenki wszystko wraca do stanu sprzed piosenki)
Krzysztof
Panowie. Co sądzicie o sytuacji na Bliskim Wschodzie.
Robert
Hmmmm zdaję mi się, ze sytuacja staję się tam coraz bardziej klarowna.
Tomasz
Chyba tak, lecz nie zapominaj Robercie, że nadal skomplikowane są relacje wewnątrz samego państwa palestyńskiego. Fatah nie potrafi dogadać się z Hamasem
Krzysztof
Przepraszam, że ci przerywam…
Tomasz
Ależ to nic….
Krzysztof
Mimo to przepraszam.
Tomasz
No dobrze
Robert
Panowie! Nie kłóćcie się!
Tomasz
Masz rację. Co tam ciekawego Krzysztofie chciałeś nam wypeorować?
Krzysztof
A więc. Wprawdzie nie zaczyna się zdania od słowa „a więc”
Tomasz
To nie słowo
Robert
To zbitka słowna
Krzysztof
Moi drodzy jak ja bym sobie poradził bez was!
Tomasz i Robert (razem):
Od tego są przyjaciele!
Krzysztof
Racja. Wracając jednak do tematu. Sądzę, że kluczową rolę odgrywa tu Hezbollah , wpływając na działania prowadzone przez Hamas spoza granicy Autonomii
Robert
Masz w zupełności rację
Tomasz
Panowie, może jednak zmieńmy temat. Cały czas wojna i krew, krew i wojna.
Krzysztof
Dobrze, co proponujesz?
Tomasz
Hmmmm co sądzicie na temat ostatniej płyty Guns ’n’ Roses?
Robert
O! Ciekawe zagadnienie!
Tomasz
Czternaście lat wyczekiwania z całą pewnością wpłynęło na odbiór tej płyty.
Robert
Czekałeś?
Tomasz
Ja nie… inni czekali
Krzysztof
Niektórzy zawsze czekają, taki już ich charakter.
Tomasz
A tu Axel Rose naraz przyszedł. Nie jest on bowiem jak Godot.
Robert
Cudowne porównanie
Krzysztof
Masz dziś wysoki biorytm intelektualny przyjacielu.
Tomasz
Możliwe. Czuję, że mój mózg pędzi dziś niczym pociąg
Krzysztof
Bardziej TGV niż PKP
(wszyscy wybuchają śmiechem)
Robert (machając palcem w dwuznaczny sposób)
Oj, oj ,oj żarcik! Kawalarz z ciebie Krzysztofie, oj kawalarz!
(oddycha spokojnie)
No ale wróćmy do tematu. Sądzę, że z tą płytą nie jest jak z winem.
Krzysztof
Co masz przez to na myśli?
piątek, 6 listopada 2009
Niski poziom absurdu rozdział 1
1
To nie jest tak, że nie chce pić. Chce pić. To znaczy lubię pić. No, ale są czasem takie chwile, że wiesz, że tylko jeden krok, jeden pieprzony krok i dworzec może następnej nocy stać się twoim domem.
Mieszkanie śmierdzi wódą. Zrobiło się cicho. Nie śpię już od jakiegoś czasu. Pająk. Wcześniej go nie widziałem. Nawet duży. Wije swoją nić nade mną. Mam nadzieje, że mnie nie ukąsi. Nie mam sił dziś gonić przestępców w pedalskim trykocie.
Nie wiem, która jest godzina. Sobota. Dziś jest sobota. To jedno jest pewne. Chłopaki śpią pokotem po pokoju. Wczoraj byli niczym herosi z plakatów komunistycznych. Przodownicy pracy z kilofami w rękach i traktorami od dupą. Dziś złożenie jednego sensownego zdania będzie dla nich trudniejsze niż ugryzienie tłustego księdza w dupę. Wczoraj oni wygrali-dziś ja będę zwycięzcą.
Zwykle bolą mnie kolana, kiedy mam kaca. Dziś nic. Po prostu nie chce pić.
Kochankowie moi umarli poeci
Nigdy nie chciałem żyć jak on. Tym bardziej nie mam zamiaru tak zdechnąć. Zrobiłem w życiu wiele głupstw, ale śmierć byłaby najgłupszym z nich.
Uffff
Żyje! W drodze do łazienki złapał mnie lekki ból głowy. Teraz to nazywają ćmieniem mózgu. Taka nowomowa telewizyjnych reklam środków przeciwbólowych.
Swoją drogą gdyby ktoś pomyślał, że reklamy w tym kraju odpowiadały na najczęstsze problemy Polaków to by się okazało, że wszyscy mamy problemy ze zgagą, a nasze ciała służyły jako przykład do stworzenia mapy bólu ludzkiego ciała.
Metaliczny smak wody był właśnie tym, czego moje coraz bardziej poniewierane przez kaca ciało potrzebuje.
Szybki prysznic i mocna kawa. Dwa kluczowe elementy poranka ,co bardziej nowoczesnego Polaka. Ci bardziej staroświeccy rezygnują z kontaktu swojego ciała z wodą.
Jedna hmmmm może jednak dwie łyżeczki kawy. Nie ma się ,co z sobą cackać. Odgłosy dochodzące spoza kuchni świadczyły o jednej z dwóch rzeczy: albo moi ukochani współlokatorzy z pokoju obok niestety zostali na weekend ,co owocowałoby koniecznością wysłuchiwania niekończących się rozmów o proszkach i rozmów o kościele katolickim na poziomie średniowiecznych chłopów, albo obudził się ktoś z tego „lepszego” pokoju, co byłoby drugim dowodem, udokumentowanym,na zmartwychwstanie. Niestety ciche:
-Hej
wypowiedziane przez wchodzącego do łazienki Ryśka rozwiały moje nadzieje na zobaczenie drugiej osoby po Jezusie, która uciekła z łap Charona.
Odpowiadam mu charknięciem, które w języku części ziemian oznacza tak.
-Co pochlaliście wczoraj?- Nienawidzę tych pytań Ryśka. Mają one zakamuflowane w sobie zazwyczaj pytanie: Co, wy zapijaczone mordy myślące tylko o narkotykach i seksie przedmałżeńskim, znowu wczoraj nadużyliście w dzikim widzie alkoholu plamiąc dobry wizerunek tego krzywdzonego przez zachód pięknego kraju?
- No wiesz, wypiliśmy parę piwek w Luzaku. W końcu był piątek.- W sumie mogłem mu powiedzieć cokolwiek, i tak nie zmieniłoby to układu myśli w jego głowie.
- A was z Wiolą, czemu nie było?
Mamrotanie, którą on uznał za odpowiedź brzmiała:
- No, bo Jola nie chciała.
I nagle zniknął w odmrokach łazienki.
No cóż, to była nasz najdłuższa rozmowa w tym tygodniu.
Kawa się zaparzyła. Śniadanie. To najdoskonalszy pomysł na następne kilkanaście minut.
Mózg pulsuje niczym roztańczony dziwak na salsie w Sowie.
Nie ma mowy o jedzeniu. Brak apetytu połączył się z mikro odruchami wymiotnymi. Swoją drogą grubo było wczoraj. Od razu po pracy, zahaczając o McDonald wpadłem do Luzaka. Powiedziałbym, że jak zazwyczaj, ale ostatnio bywałem tam rzadko. Ale skoro wychodzi Bielska to nie sposób odmówić. Nie spotkanie w Luzaku znajomego w piątkowy wieczór jest tak samo prawdopodobne jak polizanie się po łokciu. Jeśli domem można nazwać miejsce, gdzie człowiek czuję się komfortowo, gdzie wie że może pozwolić sobie na więcej, niż gdzie indziej, to dla wielu z nas ten lokal to był dom. Drugi, trzeci, dziesiąty, ale jednak dom.
Pierwszy łyk kawy parzy mój język. Tak miało być. Nie ma się z sobą, co cackać na kaca.
Wrócę do pokoju chyba. Chuj, że obudzę chłopaków. Trudno. Jest już najwyższy czas wstawać i wracać do życia.
Nie uśmiecha mi się siedzieć w kuchni, bo Obrońca Wszelkich Cnót i Innych Zagadnień Moralnych( w skrócie cipka) kiedyś zakończy mycie włosów i opuści królestwo naszej małej łazienki, a mój przewód pokarmowy nie powinien być dziś zbytnio wystawiony na bodźce wymiotne.
Entres do pokoju było tak ciche, że się Roki obudził po sekundzie i rozpoczął dzień od rozważań na temat życia:
- O ja jebie -po czym wydał odgłos, który nasunął mi na myśl skowyt gwałconego psa, mimo że nigdy nie widziałem tej formy gwałtu, ba nigdy nie widziałem żadnej formy gwałtu i przed każdym sądem tak bym zeznawał.- Uuuu ale mnie łeb napiżdża
Łączyłem się z nim w bólu.
-Trzeba by jakąś muzykę zapodać, bo cicho tu- Niczym Adam Małysz skoczył w stronę swojej mini wieży i za chwilę można było usłyszeć dźwięki Illusion.
W niczym mu nie przeszkadzało, że właśnie obudził śpiącego na fotelu Kruszynę.
Podziwiałem jego miłość do muzyki. Podziwiałem jego mózg za skrajną formę sadomasochizmu.
Mężczyźni na powrót stawali się mężczyznami wychodząc powoli ze skorup wczorajszych chłopców by stawić czoła bolącej rzeczywistości.
- O! Matka dzwoniła!- Niedowierzanie na twarzy Kruszyny zmieniało się powoli w lekki uśmiech- I tak zawsze, co sobotę. Zaraz do niej oddzwonię.
Nie zapraszaj nas do domu
Wypijemy ci cały alkohol
My
Nihiliści
Dzwoniący wieczorami do matek
Żeby obudziły nas rano
Jeśli matka mnie nie obudzi
Już nikt nigdy może tego nie zrobić
Dopełniam porannego rytuału włączając laptopa. Tak! Mam nowy system z Redomond. Kocham tą czteroczęściową flagę monopolisty niszczącego świat wolnego rynku. Sekundy dzielą mnie od połączenia się ze światem. Nikt na tym świecie nie lubi Visty. Nikt poza mną.
W tle rozbrzmiewa rozmowa Kruszyny z matką. Spokojna. On zawsze spokojnie rozmawia, nawet wtedy, kiedy kopniakami giął znaki drogowe mówił do mnie spokojnie.
Bierze nóż ten koleś bierze nóż wychodzi nocą szukać dnia
Bierze łom ten koleś bierze łom wychodzi nocą posiać strach
- Masz gdzieś tabakę koło siebie?- Pytanie Rokiego jest już tak klasyczne jak
muzyka Chopina.
Tabaka, czerwony Red Bull leży na parapecie. Rzucam mu ją, a po chwili obaj z Kruszyną śmiejemy się z łez Rokiego, który właśnie wciągnął kreskę tabaki z okładki płyty Brand New Sin.
-Kopie!- Każdy z nas wie, że nie kopie, ale i tak nie jest to zabawka dla laików.
Otwieram okno. Chłodny powiew wiatru drażni moją skórę. Wiosna jest w tym roku chłodniejsza niż zazwyczaj, co jest koronnym dowodem dla przeciwników teorii
o ociepleniu się klimatu. Przyjdzie gorące lato, to przeciwnicy schowają się w norze a zwycięsko z lasu wyjdą wojska ekologów ryczących przeciągle i tryumfalnie:
A ziemia płonie, płonie, płonie
Korporacyjny niszcząc ład
A ja? Dla mnie po prostu wiosna jest chłodniejsza w tym roku.
Tło wygasa.
Magazyn Empire zaprezentował nowe plakaty do filmowej adaptacji gry "Książę Persji". Możemy na nich podziwiać dwójkę głównych bohaterów disnejowskiego widowiska Gemmę Arterton i Jake'a Gyllenhaala.
Jonathan Lamy odpowiedział w ten sposób na pytanie o zabezpieczenia plików muzycznych, które zadał mu dziennikarz magazynu SCMagazine (wywiad ma się ukazać w najnowszym numerze SCM). Cóż, jeśli facet odpowiedzialny
za kreowanie medialnego wizerunku RIAA mówi coś takiego, to znaczy, że ta organizacja chyba wreszcie zrozumiała, że na DRM (czyli systemy zabezpieczające pliki muzyczne przed nieautoryzowanym kopiowaniem) nie ma miejsca na obecnym rynku muzyki...
Kamienice w Warszawie, Wrocławiu i Krakowie, willa w centrum Szczecina. Tylko dwie pierwsze nieruchomości mogą być warte 60 mln zł. Pałacyk w Krakowie to kolejne 15-17 mln. W sumie budynków, które mają zostać sprzedane do końca roku jest osiem.
12-letni Mauricio Baldivieso wystąpił w ekstraklasie boliwijskiej w barwach Aurory w meczu z La Paz. To nowy rekord świata w kategorii debiutu w najwyższej klasie rozgrywkowej
Chłonę to wszystko. Mój mózg to gąbka. Stajnia Augiasza, która potrzebuję jakiegoś Herkulesa racjonalności, żeby to wszystko uprzątnąć.
Porządek musi być.
Litery przekształcają się w słowa. Słowa w wyrazy. Wyrazy w zdania. Zdania w akapity, wersy, strofy. Akapity, wersy, strofy w informacje, instrukcje, arcydzieła i gnioty.
Słowa
Słowa
Słowa
Wracam do rzeczywistości i spoglądam na pokój.