Upłynęło już sporo wody w Nilu od czasu mojej ostatniej wizyty na Mazurach. Ostatnio jakoś nie było okazji, żeby wybrać się w tamte strony, więc po usłyszeniu propozycji matki, ażeby pojechać do Bań od razu się zgodziłem. Jak się później okazało ominęło mnie w Olsztynie ostatnie NPO w takiej formie, lecz słowo się rzekło i pojechać trzeba było.
Banie Mazurskie leżą w trójkącie pomiędzy Giżyckiem, Gołdapią a Węgorzewem.
Pogoda nam nie sprzyjała. Cały czas było pochmurno i zimno. Rozgrzewaliśmy się więc na typowo słowiański sposób- alkoholem, no może trochę jeszcze kawą.
Gościnność to straszna przywara. Z punktu widzenia gościa to katorga. MUSIAŁEM zjeść, MUSIAŁEM się napić. Ale no cóż, gdyby moi gospodarze przyjechali do mnie powitałbym ich tak samo.
W związku z tym, że gdy moja matka ostatni raz była na wakacjach to największym wrogiem był Gary Linneaker, to musiałem choć w jakiś sposób sprawić aby ten wyjazd zapamiętała. W dużej części pomogli mi gospodarze oraz kościół greko-katolicki. Ponad dwugodzinna niedzielna msza w baniowskiej cerkwi to było coś.
Na końcu naszych "wakacji" nawet pogoda się poprawiła.
Była godzina dziewiąta rano, a my byliśmy już w drodze na Zachód.
Dobre i to.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz