poniedziałek, 28 grudnia 2009
sobota, 26 grudnia 2009
Rzym
sporo ostatnio myślę o dojrzałości. Wiem, powinienem myśleć o Bogu, ale myślę o dojrzałości. To mi przychodzi łatwiej. Zbyt dużo ścieżek pozostaje dla mnie przejezdnych, a nie mam absolutnie żadnej pewności, że wszystkie prowadzą do Rzymu.
czwartek, 24 grudnia 2009
...
Zjadam święta, mimo że do wieczora niby przestrzegam postu. Nie piszę sms-ów z życzeniami, wiecie takich o grubym Mikołaju i butelce wódki.Jutrzejszy jubilat musi mnie zrozumieć. czasem są takie dni , gdy czekam na coś innego niż globalne szczęście.
wtorek, 22 grudnia 2009
13
J
E
S
T
E
M
J
E
S
T
E
M
S
A
M
J
E
S
T
E
M
S
A
M
O
T
N
Y
Jestem. Jestem sam. Jestem samotny.
Siedzę na schodach przed domem. Nie wiem ile mam lat. Po prostu siedzę, czytam książkę i piję kawę.
Podobno świat się skończył…
Jeśli to prawda…
Jeśli to prawda to muszę być w czyśćcu.
Lacrimosa.
P
O
D
O
B
N
O
Ś
W
I
A
T
S
I
Ę
S
K
O
Ń
C
Z
Y
Ł
J
E
Ś
L
I
T
O
P
R
A
W
D
A
.
.
.
J
E
Ś
L
I
T
O
P
R
A
W
D
A
T
O
M
U
S
Z
Ę
B
Y
Ć
W
C
Z
Y
Ś
Ć
C
U
E
S
T
E
M
J
E
S
T
E
M
S
A
M
J
E
S
T
E
M
S
A
M
O
T
N
Y
Jestem. Jestem sam. Jestem samotny.
Siedzę na schodach przed domem. Nie wiem ile mam lat. Po prostu siedzę, czytam książkę i piję kawę.
Podobno świat się skończył…
Jeśli to prawda…
Jeśli to prawda to muszę być w czyśćcu.
Lacrimosa.
P
O
D
O
B
N
O
Ś
W
I
A
T
S
I
Ę
S
K
O
Ń
C
Z
Y
Ł
J
E
Ś
L
I
T
O
P
R
A
W
D
A
.
.
.
J
E
Ś
L
I
T
O
P
R
A
W
D
A
T
O
M
U
S
Z
Ę
B
Y
Ć
W
C
Z
Y
Ś
Ć
C
U
piątek, 11 grudnia 2009
12
Lato tego roku było bardzo gorące. Tak gorące, że gołębie niezbyt chętnie zlatywały na bruk starówki, mimo że okruchów było tam tyle, co zazwyczaj a może nawet więcej. Bruk parzył niczym w utworze Sweet Nosie.
Nie widzieli się już dawno. Kiedyś spotykali się codziennie. Teraz zostały im komunikatory internetowe i krótkie chwilę bądź to na uczelni, bądź w restauracjach.
On czuł od rana pewną dawkę niepokoju i niepewności, którą aby zrównoważyć proporcję poszerzył o dawkę alkoholu. Wszystko przez ten poranek.
Dlaczego? Bowiem podczas porannego czesania wyczesał z włosów dwie wszy. Mimo że zawsze lubił zwierzęta ten akurat fakt bliskości z nimi go nieco zasmucił. Jako człowiek wierzący wiedział, bowiem że według nowowyznawanej przez niego religii starożytnych Indian UIOa wszy oznaczały nieszczęście( oraz nieurodzaj kabaczków, ale to go nie przejęło- nie lubił kabaczków, więc mogły dla niego szczeznać i pochłonąć swych plantatorów w ogniu piekielnym). Nie martwiły go kwestie estetyczne ani te natury epidemiologicznej.
Rozpoznał od razu. To były koniaki. Powziął, więc postanowienie, że nigdy więcej nie poderwie dziewczyny w KFC.
Dziewczyny z KFC są jak literówki. Niby nie jest ostatecznym kurestwem napisać chce zamiast chcę, ale skoro można napisać chcę to, po co brudzić sobie ręce czymś niedoskonałym, czymś co może przynieść do twojego umysłu wszy i niepewność. Jedno, o czym był przekonany po pięciu latach studiów, to to, że stał się wtórnym analfabetą. Zarówno w kwestii języka jak i w kwestii kobiet.
W trakcie porannego przeglądu prasy, po przewertowaniu wszystkich stron o sporcie, trafił na wywiad z pisarzem, którego nazwisko nic a nic mu nie mówiło. Spojrzał w notkę biograficzną i po znalezieniu „ nominowany do Nike” postanowił skupić się na ten kwadrans i przeczytać te kilka stron tekstu. W końcu pisarz musiał być kimś ważnym, kimś dobrym, skoro nominowano go do tak prestiżowej nagrody. Nie znał go, to źle, ale wielu ludzi nie znał. Wśród tej grupy była też pokaźna liczba pisarzy, co uwierało go zważywszy na jego literackie upodobania. Wywiad był nawet ciekawy. Rozpoczęło się od miłości. Dziesięć rund w związku.
- Zwykle poddawałem się przed pierwszym gongiem- pomyślał
Gdzieś w połowie rozmowy zatrzymał się na dłużej przy jednym pytaniu:
A kiedy kobieta staję się obciążeniem?
A skąd ja mam takie rzeczy wiedzieć? Przychodzi mi myśl w stylu największego z żyjących fałszerzy myśli, to jest Paulo Coelho. Ta podróbka myśli brzmi: jeden człowiek staję się obciążeniem dla drugiego człowieka, kiedy jest obciążeniem dla samego siebie.
… największego z żyjących fałszerzy myśli…
Trafne- pomyślał.
Mimo, że nigdy nie przeczytał nawet zdania żadnej książki Paulo Coelho od wielu lat uznawał siebie za jego antagonistę. W imię wyższej literatury. Wiedział, że nie można stać po środku. W tę albo we wtę- jak to mówią nieporadnie jego rodacy. Jemu zdawało się, że wybrał drogę lepszą, drogę Borgesa. Lubił go. Mówił o tym głośno.
- Borges to mój ulubiony pisarz.- chełpił się mając świadomość swojej ignorancji.
Dlaczego ignorancji?
Nigdy nie przyznał się do jednej rzeczy: że przeczytał tylko jeden jego tomik wierszy, który dodatkowo był tylko kompilacją dokonaną przez polskiego tłumacza.
Nic więcej.
Wiedział, że i tak przeczytał więcej niż 90 procent społeczeństwa. Ten fakt ułatwiał mu prowadzenie rozmowy. Prowadzenie rozmowy, w którą mógł wpleść kłamstwa, wyssane z palca informacje oraz swoje hipotezy. Dzięki temu robił wrażenie. Wrażenie osoby inteligentnej. Jedyną osobą, która potrafiła się temu wrażeniu oprzeć był on sam.
Po śniadaniu wymyślił wiersz:
lasy płoną brązową jesienią
wszystko zmierza do śmierci
tylko jelenie na rykowisku
bez lęku patrzą na zbliżającą się
Białą Damę
dokąd idziesz ludzkości?- myślą- dokąd idziesz?
- Piękne.- Pomyślał z satysfakcją- Piękne.
Z tym to było nawet śmiesznie. Pisanie wierszy. Fenomen. Miał wrażenie… miał wrażenie, że wszyscy kiedyś napisali choć jeden wiersz. Te wszystkie pierwsze wiersze wyglądały tak samo:
Jam smutku bastion
Pośród zagubionych ludzi
Klasyk.
Kolejnym fenomenem jest to, że w kraju dwóch milionów poetów, jak to chyba Miłosz określił, nikt- nawet ci czołowi piszący, praktycznie nie czyta tomików innych. Może to trochę polskie. No, bo przecież, po co czytać? Nie mamy czasu na czytanie.
W ciągłym biegu.
Śniadanie- Praca- Obiad- Zakupy- Seriale- Seriale- Seriale- Seriale-Jakiś ściągnięty z netu film- Sen
Ani sekundy wytchnienia.
W ciągłym pędzie, uniemożliwiającym zaspokojenie nieodzownych potrzeb intelektualnych.
Miał jeszcze trochę czasu. Wiedział, że musi trochę posiedzieć nad pracą. Nie miał wyboru. We wtorek musiał przynieść ostateczną wersję pracy. Czwarty raz. Ten miał być ostatnim. Tak jak poprzednie trzy.
Ukształtowanie gatunkowe opisów podróży jest niejednolite. Można to stwierdzić na przykładzie przywoływanych wcześniej dwóch autorów: Mikołaj Radziwiłł opis swojej podróży do Ziemi Świętej ubrał najpierw w formę pamiętnika, która następnie została zmieniona na formę listową; Sebastian Fabian Klonowic za to swoją wyprawę do Gdańska spisał w formie poematu opisowego.
Istniała jednak grupa utworów, które nie były związane z żadnym z wcześniej wymienionych gatunków. Podobnie jak w przypadku wcześniej omawianych w pracy utworów bardzo ważną rolę odgrywały w nich realistyczne opisy wydarzeń lub zwyczajów.
Tak jak w pamiętnikach oraz poematach opisowych przeważają w nich elementy epickie, dzieła o których będziemy mówić w tym rozdziale są klasyfikowane przez badaczy jako itineraria lub bardziej ogólnie jako hodoeporicony . Gatunek ten ze względu na charakter bardziej przewodnika niż dzieła artystycznego jest niejednokrotnie umiejscawiany na granicy literatury a nieliteratury.
Nie były to jednak w odróżnieniu od utworów Klonowica i Róździeńskiego poematy, lecz z reguły mniej popularne formy poetyckie zawierające rozbudowane elementy epiki. W tym rozdziale skupimy się na dwóch utworach zasadniczo różnych od siebie formą, budową oraz ich znaczeniem w kulturze staropolskiej. Są to: Jezda do Moskwy… Jana Kochanowskiego oraz Przeważna legacyja Krzysztofa Zbaraskiego od Zygmunta III do sułtana Mustafy Samuela Twardowskiego. W obu utworach autor skupi się na ich „reportażowości”.
Pod koniec swojego życia Jan Kochanowski stworzył kilkusetwersowe itinerarium p.t.: Jezda do Moskwy…. Było ono poświęcone wyprawie na Moskwę, którą w 1581 roku zorganizował król Stefan Batory. W trakcie tej eskapady szczególną rolę odegrał kilkusetosobowy oddział pod dowództwem hetmana wielkiego litewskiego Krzysztofa Radziwiłła. On właśnie był bohaterem utworu i jemu to dzieło poeta z Czarnolasu dedykował.
Sam utwór nastręczył wiele problemów badaczom. Ogólnie nie spotkał on się z ciepłym odbiorem historyków literatury. Jezda… jest uznawana za jedno z najsłabszych dzieł Kochanowskiego. Zresztą sam autor dokonał wielu korekt w pierwszej wersji swojego dzieła i napisał drugą wersję Jezdy…, która ukazała się już po śmierci Kochanowskiego tj. w roku 1611 jako Wtargnięcie do Moskwy Krzysztofa Radziwiłła. Obu wersjom zarzucano wiele uchybień technicznych m. in. korzystanie z elementów wcześniejszych dzieł autora, niedokładne rymy, niejednolitość gatunkową i raczej panegiryczny styl utworu. Ten ostatni zarzut jest po części zrozumiały. W końcu Radziwiłł był zaprzyjaźniony z Kochanowskim. Udało się jednak wpleść w utwór elementy realizmu. Kochanowski dość starannie jak na kilkusetwersowy utwór opisał szczegóły wyprawy Radziwiłła. Gatunkowo Jezda… jest klasyfikowana jako itinerarium , na co wpływ mają wspomniane przed chwilą opisy, w szczególności opis drogi jaką przebyły oddziały polskie udając się na Moskwę. Jednak jak już wspomniano w pierwszym rozdziale niektórzy badacze wyłamują się z takiej klasyfikacji dzieła np. Jerzy Ziomek traktuje utwór Kochanowskiego jako epinikion, czyli odę pochwalną zwracając uwagę na styl pierwszej części dzieła i ogólny panegiryczny charakter utworu.
Umówili się pod Wysoką Bramą. To taka olsztyńska Wieża Eifla. Każdy wie gdzie to jest i jak tam trafić.
Przybył kilka minut przed czasem. Wiedział, że ona się spóźni. Zawsze się spóźnia. Już taka jej przypadłość. Kiedyś mieszkała pięć minut od starówki a mimo to potrafiła spóźnić się na spotkanie pół godziny. On mimo to zawsze starał się być przed czasem.
Żeby tylko nie musiał nikt na niego czekać.
- W życiu potrafię być niesłowny, niestaranny.- myślał- To przynajmniej w kwestii przychodzenia na czas nie chcę aby ktoś miał o mnie jakieś pretensje.
Usiadł na metalowej ławce przed Wieżą.
- Gdyby to była piłkarska strategia to, na jakiej pozycji bym ją umieścił?- Ni stąd ni zowąd to pytanie eksplodowało w jego głowie.
Bramkarz
?
Prawy Obrońca Stoper Stoper Lewy Obrońca
? ? ? ?
Pomocnik Defensywny Pomocnik Pomocnik
? ? ?
Skrzydłowy Środkowy Napastnik Skrzydłowy
? ? ?
Bramkarz: Matka. Nie raz ratowała mnie w podbramkowych sytuacjach, Naprawiała moje życiowe kiksy. Poza tym ma umiejętności przywódcze. Zresztą, co matka to matka.
Obrona:
Prawy Obrońca: Robak. Solidny. Spokojny, ale potrafi czasem też przyatakować. Poza tym szybko biega podobno( tak wynika z relacji grupki pasłęckich dresiarzy). Bardziej jednak pożyteczny w obronie niż w ataku.
Stoper: Ania. Ktoś ten zespół musi trzymać w kupie. Poza tym, kto jak kto ,ale Ania idealne nadaję się na mózg drużyny.
Stoper: Paweł Krutul. Widziałem go raz w akcji. Syn Puyola i Maldiniego.
Lewy Obrońca: Ala. Potrafi walczyć jak lwica. Jest nieustępliwa. Do końca walczy w obronie. Niezbyt pożyteczna w ataku, ale w obronie gra bardzo agresywnie.
Pomoc:
Pomocnik: Roki. Potrafi trzymać wysokie tempo gry. Potrafi być agresywny w obronie, ale też ma sporo fantazji w ataku. Jego minusem jest słaba kondycja biegowa. Dobrze jednak tańczy z piłką.
Defensywny Pomocnik: Kruszyna. Nie będę się tłumaczył z tego wyboru. Kto go zna wie dlaczego.
Pomocnik: Emil. Szybki w ataku. Uparty jak osioł i zadziorny w obronie. Największy krzykacz na boisku. Ma dobrą kondycję Dużo trzeba, aby coś go ścięło z nóg.
Atak:
Skrzydłowy: Marta. Gra z olbrzymią wyobraźnią. Jej akcje są pełne rozmachu, choć czasem kończą się klęską. Słabe ogniwo w obronie. Zadziorna, ale jej odporność na ciosy jest słaba.
Środkowy napastnik: Ja. Bo tak.
Skrzydłowy: Aśka. Zadziorna. Uparta. Mogła by grać na każdej pozycji. Poza tym ma sporą wydolność.
H
E
J
!
Ona
Hej!
On
Hej!( z uśmiechem) Spóźniłaś się.
Ona
Wiem. Wiesz jak to jest… punktualna jak Chyła, w końcu co nie?
Oboje się śmieją
Gdzie idziemy?
On
Greenway?
Ona
No tanio jest… ale chyba mam pieniądze… i chyba chce mi się mięsa.
On
No to co? Bohema? Naleśniki z kurczakiem i szpinakiem?
Ona
No. Niby już mi się znudziły, ale w sumie czemu nie…
Idą
Ona
To co tam? Znowu jakaś wielka miłość?
On
Nie, a ty?
Oboje się śmieją.
Ona
Ja mam Maćka…
ON
To nie rak można z nim walczyć
Ona
Powiem Maćkowi! HeHe!
On
Spoko. On mnie lubi… nie widzi we mnie zagrożenia ( śmiech)
Ona
Bo jesteś dobry i miły
On
Tak, tak, tak…teraz tak mówisz… na nic to jednak. Pamiętaj Marta…
Razem
Miałaś swój czas i on minął!
Śmiech
Dochodzą do budynku w którym mieści się Bohema. Wchodzą do środka a następnie schodzą w dół do Bohemy. Zajmują miejsce przy stoliku znajdującym się za barem, niedaleko toalety.
Mija godzina.
Podchodzi kelnerka i zbiera zamówienie.
Mija godzina.
Kelner przynosi dwa naleśniki z kurczakiem i szpinakiem oblane sosem (miał być beszamel- jest curry)
On
Coraz mniejsze te naleśniki!
Ona
Złodzieje! Kapitalisty!
Jedzą i rozmawiają
Ona
A jak z nią?
On
Cisza.
Ona
Współczuje ci…
On
Wiesz. W sumie jakoś tego nie przeżywam…
Ona
Kurcze… jak to jest…?
On
Co?
Ona
Że tobie tak wcześnie przechodzi… że tak ona mówi nie i ty, ty odpuszczasz i jest ok.
On
Wiesz, że to nie tak. To trwa dłużej. Sporo myślę wtedy…
Ona
Coś o tym wiem.
On
Myślę, że ja buduję takie budowle. Kerouac o tym pisał…
Ona
Kerouac. Skąd ja to znam? Śmiech. Widzę, że czytasz tych samych pisarzy co on.
On( uśmiecha się)
Ale jestem inny. Poza tym obaj lubimy beatników… wiesz chodzi o to, że ja buduję takie budowle ze słów. Niby są one ryzykowne, ale to pójście na łatwiznę. Wiesz ja powiem kobiecie: Kocham cię. Mocne słowo. I ja w nie wierze w momencie, kiedy to mówię. A tak naprawdę ja tego nie czuję. Mimo ze wierze, że jest inaczej. … To taka budowla, kurcze całkiem dobra ta kawa, spróbuj…
Ona
Nie dzięki… to, po co to mówisz?
On
Bo one chcą to usłyszeć. Nie mówią o tym otwarcie, ale coś we mnie to czuję , zresztą jak mówiłem: w tym momencie ja w to wierze. I to mówię. A później… później okazuję się, że to tylko budowla. Konstrukcja słów. Ciężko się z tego wycofać.
Ona
Kurwa. Ciężkie to.
On
No ciężkie. Ale wiesz dopiero po czasie okazuję się czy to budowla czy uczucie. I to jest najgorsze. Wątpliwości, wątpliwości kurwa.
Ona
Ale jakoś sobie radzisz
On (śmiech)
Wiesz… skille i doświadczenie.
Ona(śmieje się)
No. A wracając… jak tam .On się ma?
On.
Dobrze. A dlaczego pytasz?
Ona
Wiesz, czasem o nim myślę.
On
On też o tobie myśli. Czasem o tym rozmawiamy…
Ona
Tak?
On
Wiesz, myślę że mimo wszystko wyszło to wam na dobre. W końcu oboje jesteście szczęśliwi.
Ona
No. Wszyscy są szczęśliwi.
On
A jak tam studia?
Ona
Dobrze. Mam dużo zajęć. Piszę scenariusz. Mam dobrych wykładowców. Gliński ma też z nami zajęcia.
On
A później co? Semafor?
Ona (śmieje się)
Co ty?! Słabo płacą… mogę robić animacje do reklam… na przykład środków na trawienie.
On (śmieje się)
Srakostop
Ona
Tak, tak. Dobrze płacą.
On
I chcesz tak chałturzyć?
Ona
Nie chcę… ale jak można zarobić.
On
A jak się czujesz… no wiesz…?
Ona
Lepiej… już lepiej. Wiesz, tęsknie za wami… za Maćkiem. Robię tysiąc takich małych, zbędnych rzeczy, żeby nie myśleć. Chodzę na zakupy…
On ( śmieje się)
Konsumpcyjna Świnia!
Ona
No… galerianka. Hehe. Wiesz, nawet Gombro chodził na zakupy.
On
W listach tego nie wyczytałem. Hehe. No ale wierzę na słowo jednej z największych gombrowiczolożek w Polsce.
Ona (śmieję się)
Na świecie
On
W ogóle to nie zdążyłem ci jeszcze powiedzieć, że ładnie wyglądasz.
Ona( śmieje się)
Jak rozumiem chodzi ci o to, że dziś nie wyglądam jak skrzyżowanie upośledzonego włóczykija z Czarodziejką z Księżyca?
On( śmieje się)
Wyjęłaś mi to z ust.
Ona
Jak zwykle gentleman. Haha
On( śmieje się)
Znasz mnie. Kultura na przedzie… wiesz wkręciłem sobie ostatnio znowu Bang Gang.
Ona
Widziałam na laście że tego słuchasz. Pomyślałam nawet że coś może być nie tak.
On
Jak coś jest nie tak to słucham Ani Dąbrowskiej
Ona
Daj spokój… Znowu przyszło lato
On
Zabija mnie ta piosenka.
Ona
Pamiętam jak wrzuciłeś ją na bloga
On
Nie ma do czego wracać. To był trudny czerwiec.
W tle słychać utwór Ciszy i spokoju p. t: Uzależniony
Moje życie to potok pełen wersów kaskad
Którego źródło biję w samym sercu miasta
Wydłuża dzień. Skraca sen mówiąc:
Lubię to.
Ona
Nie znam…
On
To duże Pe z … chyba z dj’em Spoxem
Ona( śmieje się)
Wikipedia rapu…
On
Wiesz i’m still in the Game…
Ona ( jednocześnie z humorem i agresją)
Chcesz ze mnie kpić?
Nie powiedziałeś nic
Daj pic
On
Wiesz co się liczy?
Szacunek ludzi ulicy!
Ona
O niej nie myśl jak o suce
Pomyśl jak o siostrze!
Oboje się śmieją.
Ona
Wczoraj oglądaliśmy tego nowego „Star Treka”. Maćkowi się podobał. Wiesz do kina bym na to nie poszła, ale ogólnie może być, fajne efekty były, no i ten… Spock. Spock był fajny.
On
Zahary Quinto
Ona
Chyba w Herosach grał czy w czymś takim.
Tak. Sylaba. Ludzie podobno na ulicy wyzywali go… mylili rzeczywistość z filmem.
Ona
Film z rzeczywistością…
On
Yhm. Poloniści. Hehe
Ona
Magistry. Widziałeś nowego House’a?
On
Jeszcze nie. Nie mam jak ściągnąć.
Ona
Wy jesteście jak House i Wilson.
On
Może coś w tym jest… tylko On mi jeszcze nie wsypał dla zabawy amfetaminy do kawy
Ona
Jeszcze nie… On… Dla niego jesteś ważny.
On
Wiem. Wiesz jak mnie kiedyś nazwał?
Ona
Wiem. Swoim kręgosłupem moralnym.
On
Kurwa może miał rację. Może ty też ją masz. Może czasem jestem Wilsonem.
Ona
Czasem jesteś nim, czasem Housem. To normalne.
On
Myślę że większość z nas czasem jest Wilsonem. A Mouse? Housem jesteśmy gdzieś w głębi…zawsze.
Nie widzieli się już dawno. Kiedyś spotykali się codziennie. Teraz zostały im komunikatory internetowe i krótkie chwilę bądź to na uczelni, bądź w restauracjach.
On czuł od rana pewną dawkę niepokoju i niepewności, którą aby zrównoważyć proporcję poszerzył o dawkę alkoholu. Wszystko przez ten poranek.
Dlaczego? Bowiem podczas porannego czesania wyczesał z włosów dwie wszy. Mimo że zawsze lubił zwierzęta ten akurat fakt bliskości z nimi go nieco zasmucił. Jako człowiek wierzący wiedział, bowiem że według nowowyznawanej przez niego religii starożytnych Indian UIOa wszy oznaczały nieszczęście( oraz nieurodzaj kabaczków, ale to go nie przejęło- nie lubił kabaczków, więc mogły dla niego szczeznać i pochłonąć swych plantatorów w ogniu piekielnym). Nie martwiły go kwestie estetyczne ani te natury epidemiologicznej.
Rozpoznał od razu. To były koniaki. Powziął, więc postanowienie, że nigdy więcej nie poderwie dziewczyny w KFC.
Dziewczyny z KFC są jak literówki. Niby nie jest ostatecznym kurestwem napisać chce zamiast chcę, ale skoro można napisać chcę to, po co brudzić sobie ręce czymś niedoskonałym, czymś co może przynieść do twojego umysłu wszy i niepewność. Jedno, o czym był przekonany po pięciu latach studiów, to to, że stał się wtórnym analfabetą. Zarówno w kwestii języka jak i w kwestii kobiet.
W trakcie porannego przeglądu prasy, po przewertowaniu wszystkich stron o sporcie, trafił na wywiad z pisarzem, którego nazwisko nic a nic mu nie mówiło. Spojrzał w notkę biograficzną i po znalezieniu „ nominowany do Nike” postanowił skupić się na ten kwadrans i przeczytać te kilka stron tekstu. W końcu pisarz musiał być kimś ważnym, kimś dobrym, skoro nominowano go do tak prestiżowej nagrody. Nie znał go, to źle, ale wielu ludzi nie znał. Wśród tej grupy była też pokaźna liczba pisarzy, co uwierało go zważywszy na jego literackie upodobania. Wywiad był nawet ciekawy. Rozpoczęło się od miłości. Dziesięć rund w związku.
- Zwykle poddawałem się przed pierwszym gongiem- pomyślał
Gdzieś w połowie rozmowy zatrzymał się na dłużej przy jednym pytaniu:
A kiedy kobieta staję się obciążeniem?
A skąd ja mam takie rzeczy wiedzieć? Przychodzi mi myśl w stylu największego z żyjących fałszerzy myśli, to jest Paulo Coelho. Ta podróbka myśli brzmi: jeden człowiek staję się obciążeniem dla drugiego człowieka, kiedy jest obciążeniem dla samego siebie.
… największego z żyjących fałszerzy myśli…
Trafne- pomyślał.
Mimo, że nigdy nie przeczytał nawet zdania żadnej książki Paulo Coelho od wielu lat uznawał siebie za jego antagonistę. W imię wyższej literatury. Wiedział, że nie można stać po środku. W tę albo we wtę- jak to mówią nieporadnie jego rodacy. Jemu zdawało się, że wybrał drogę lepszą, drogę Borgesa. Lubił go. Mówił o tym głośno.
- Borges to mój ulubiony pisarz.- chełpił się mając świadomość swojej ignorancji.
Dlaczego ignorancji?
Nigdy nie przyznał się do jednej rzeczy: że przeczytał tylko jeden jego tomik wierszy, który dodatkowo był tylko kompilacją dokonaną przez polskiego tłumacza.
Nic więcej.
Wiedział, że i tak przeczytał więcej niż 90 procent społeczeństwa. Ten fakt ułatwiał mu prowadzenie rozmowy. Prowadzenie rozmowy, w którą mógł wpleść kłamstwa, wyssane z palca informacje oraz swoje hipotezy. Dzięki temu robił wrażenie. Wrażenie osoby inteligentnej. Jedyną osobą, która potrafiła się temu wrażeniu oprzeć był on sam.
Po śniadaniu wymyślił wiersz:
lasy płoną brązową jesienią
wszystko zmierza do śmierci
tylko jelenie na rykowisku
bez lęku patrzą na zbliżającą się
Białą Damę
dokąd idziesz ludzkości?- myślą- dokąd idziesz?
- Piękne.- Pomyślał z satysfakcją- Piękne.
Z tym to było nawet śmiesznie. Pisanie wierszy. Fenomen. Miał wrażenie… miał wrażenie, że wszyscy kiedyś napisali choć jeden wiersz. Te wszystkie pierwsze wiersze wyglądały tak samo:
Jam smutku bastion
Pośród zagubionych ludzi
Klasyk.
Kolejnym fenomenem jest to, że w kraju dwóch milionów poetów, jak to chyba Miłosz określił, nikt- nawet ci czołowi piszący, praktycznie nie czyta tomików innych. Może to trochę polskie. No, bo przecież, po co czytać? Nie mamy czasu na czytanie.
W ciągłym biegu.
Śniadanie- Praca- Obiad- Zakupy- Seriale- Seriale- Seriale- Seriale-Jakiś ściągnięty z netu film- Sen
Ani sekundy wytchnienia.
W ciągłym pędzie, uniemożliwiającym zaspokojenie nieodzownych potrzeb intelektualnych.
Miał jeszcze trochę czasu. Wiedział, że musi trochę posiedzieć nad pracą. Nie miał wyboru. We wtorek musiał przynieść ostateczną wersję pracy. Czwarty raz. Ten miał być ostatnim. Tak jak poprzednie trzy.
Ukształtowanie gatunkowe opisów podróży jest niejednolite. Można to stwierdzić na przykładzie przywoływanych wcześniej dwóch autorów: Mikołaj Radziwiłł opis swojej podróży do Ziemi Świętej ubrał najpierw w formę pamiętnika, która następnie została zmieniona na formę listową; Sebastian Fabian Klonowic za to swoją wyprawę do Gdańska spisał w formie poematu opisowego.
Istniała jednak grupa utworów, które nie były związane z żadnym z wcześniej wymienionych gatunków. Podobnie jak w przypadku wcześniej omawianych w pracy utworów bardzo ważną rolę odgrywały w nich realistyczne opisy wydarzeń lub zwyczajów.
Tak jak w pamiętnikach oraz poematach opisowych przeważają w nich elementy epickie, dzieła o których będziemy mówić w tym rozdziale są klasyfikowane przez badaczy jako itineraria lub bardziej ogólnie jako hodoeporicony . Gatunek ten ze względu na charakter bardziej przewodnika niż dzieła artystycznego jest niejednokrotnie umiejscawiany na granicy literatury a nieliteratury.
Nie były to jednak w odróżnieniu od utworów Klonowica i Róździeńskiego poematy, lecz z reguły mniej popularne formy poetyckie zawierające rozbudowane elementy epiki. W tym rozdziale skupimy się na dwóch utworach zasadniczo różnych od siebie formą, budową oraz ich znaczeniem w kulturze staropolskiej. Są to: Jezda do Moskwy… Jana Kochanowskiego oraz Przeważna legacyja Krzysztofa Zbaraskiego od Zygmunta III do sułtana Mustafy Samuela Twardowskiego. W obu utworach autor skupi się na ich „reportażowości”.
Pod koniec swojego życia Jan Kochanowski stworzył kilkusetwersowe itinerarium p.t.: Jezda do Moskwy…. Było ono poświęcone wyprawie na Moskwę, którą w 1581 roku zorganizował król Stefan Batory. W trakcie tej eskapady szczególną rolę odegrał kilkusetosobowy oddział pod dowództwem hetmana wielkiego litewskiego Krzysztofa Radziwiłła. On właśnie był bohaterem utworu i jemu to dzieło poeta z Czarnolasu dedykował.
Sam utwór nastręczył wiele problemów badaczom. Ogólnie nie spotkał on się z ciepłym odbiorem historyków literatury. Jezda… jest uznawana za jedno z najsłabszych dzieł Kochanowskiego. Zresztą sam autor dokonał wielu korekt w pierwszej wersji swojego dzieła i napisał drugą wersję Jezdy…, która ukazała się już po śmierci Kochanowskiego tj. w roku 1611 jako Wtargnięcie do Moskwy Krzysztofa Radziwiłła. Obu wersjom zarzucano wiele uchybień technicznych m. in. korzystanie z elementów wcześniejszych dzieł autora, niedokładne rymy, niejednolitość gatunkową i raczej panegiryczny styl utworu. Ten ostatni zarzut jest po części zrozumiały. W końcu Radziwiłł był zaprzyjaźniony z Kochanowskim. Udało się jednak wpleść w utwór elementy realizmu. Kochanowski dość starannie jak na kilkusetwersowy utwór opisał szczegóły wyprawy Radziwiłła. Gatunkowo Jezda… jest klasyfikowana jako itinerarium , na co wpływ mają wspomniane przed chwilą opisy, w szczególności opis drogi jaką przebyły oddziały polskie udając się na Moskwę. Jednak jak już wspomniano w pierwszym rozdziale niektórzy badacze wyłamują się z takiej klasyfikacji dzieła np. Jerzy Ziomek traktuje utwór Kochanowskiego jako epinikion, czyli odę pochwalną zwracając uwagę na styl pierwszej części dzieła i ogólny panegiryczny charakter utworu.
Umówili się pod Wysoką Bramą. To taka olsztyńska Wieża Eifla. Każdy wie gdzie to jest i jak tam trafić.
Przybył kilka minut przed czasem. Wiedział, że ona się spóźni. Zawsze się spóźnia. Już taka jej przypadłość. Kiedyś mieszkała pięć minut od starówki a mimo to potrafiła spóźnić się na spotkanie pół godziny. On mimo to zawsze starał się być przed czasem.
Żeby tylko nie musiał nikt na niego czekać.
- W życiu potrafię być niesłowny, niestaranny.- myślał- To przynajmniej w kwestii przychodzenia na czas nie chcę aby ktoś miał o mnie jakieś pretensje.
Usiadł na metalowej ławce przed Wieżą.
- Gdyby to była piłkarska strategia to, na jakiej pozycji bym ją umieścił?- Ni stąd ni zowąd to pytanie eksplodowało w jego głowie.
Bramkarz
?
Prawy Obrońca Stoper Stoper Lewy Obrońca
? ? ? ?
Pomocnik Defensywny Pomocnik Pomocnik
? ? ?
Skrzydłowy Środkowy Napastnik Skrzydłowy
? ? ?
Bramkarz: Matka. Nie raz ratowała mnie w podbramkowych sytuacjach, Naprawiała moje życiowe kiksy. Poza tym ma umiejętności przywódcze. Zresztą, co matka to matka.
Obrona:
Prawy Obrońca: Robak. Solidny. Spokojny, ale potrafi czasem też przyatakować. Poza tym szybko biega podobno( tak wynika z relacji grupki pasłęckich dresiarzy). Bardziej jednak pożyteczny w obronie niż w ataku.
Stoper: Ania. Ktoś ten zespół musi trzymać w kupie. Poza tym, kto jak kto ,ale Ania idealne nadaję się na mózg drużyny.
Stoper: Paweł Krutul. Widziałem go raz w akcji. Syn Puyola i Maldiniego.
Lewy Obrońca: Ala. Potrafi walczyć jak lwica. Jest nieustępliwa. Do końca walczy w obronie. Niezbyt pożyteczna w ataku, ale w obronie gra bardzo agresywnie.
Pomoc:
Pomocnik: Roki. Potrafi trzymać wysokie tempo gry. Potrafi być agresywny w obronie, ale też ma sporo fantazji w ataku. Jego minusem jest słaba kondycja biegowa. Dobrze jednak tańczy z piłką.
Defensywny Pomocnik: Kruszyna. Nie będę się tłumaczył z tego wyboru. Kto go zna wie dlaczego.
Pomocnik: Emil. Szybki w ataku. Uparty jak osioł i zadziorny w obronie. Największy krzykacz na boisku. Ma dobrą kondycję Dużo trzeba, aby coś go ścięło z nóg.
Atak:
Skrzydłowy: Marta. Gra z olbrzymią wyobraźnią. Jej akcje są pełne rozmachu, choć czasem kończą się klęską. Słabe ogniwo w obronie. Zadziorna, ale jej odporność na ciosy jest słaba.
Środkowy napastnik: Ja. Bo tak.
Skrzydłowy: Aśka. Zadziorna. Uparta. Mogła by grać na każdej pozycji. Poza tym ma sporą wydolność.
H
E
J
!
Ona
Hej!
On
Hej!( z uśmiechem) Spóźniłaś się.
Ona
Wiem. Wiesz jak to jest… punktualna jak Chyła, w końcu co nie?
Oboje się śmieją
Gdzie idziemy?
On
Greenway?
Ona
No tanio jest… ale chyba mam pieniądze… i chyba chce mi się mięsa.
On
No to co? Bohema? Naleśniki z kurczakiem i szpinakiem?
Ona
No. Niby już mi się znudziły, ale w sumie czemu nie…
Idą
Ona
To co tam? Znowu jakaś wielka miłość?
On
Nie, a ty?
Oboje się śmieją.
Ona
Ja mam Maćka…
ON
To nie rak można z nim walczyć
Ona
Powiem Maćkowi! HeHe!
On
Spoko. On mnie lubi… nie widzi we mnie zagrożenia ( śmiech)
Ona
Bo jesteś dobry i miły
On
Tak, tak, tak…teraz tak mówisz… na nic to jednak. Pamiętaj Marta…
Razem
Miałaś swój czas i on minął!
Śmiech
Dochodzą do budynku w którym mieści się Bohema. Wchodzą do środka a następnie schodzą w dół do Bohemy. Zajmują miejsce przy stoliku znajdującym się za barem, niedaleko toalety.
Mija godzina.
Podchodzi kelnerka i zbiera zamówienie.
Mija godzina.
Kelner przynosi dwa naleśniki z kurczakiem i szpinakiem oblane sosem (miał być beszamel- jest curry)
On
Coraz mniejsze te naleśniki!
Ona
Złodzieje! Kapitalisty!
Jedzą i rozmawiają
Ona
A jak z nią?
On
Cisza.
Ona
Współczuje ci…
On
Wiesz. W sumie jakoś tego nie przeżywam…
Ona
Kurcze… jak to jest…?
On
Co?
Ona
Że tobie tak wcześnie przechodzi… że tak ona mówi nie i ty, ty odpuszczasz i jest ok.
On
Wiesz, że to nie tak. To trwa dłużej. Sporo myślę wtedy…
Ona
Coś o tym wiem.
On
Myślę, że ja buduję takie budowle. Kerouac o tym pisał…
Ona
Kerouac. Skąd ja to znam? Śmiech. Widzę, że czytasz tych samych pisarzy co on.
On( uśmiecha się)
Ale jestem inny. Poza tym obaj lubimy beatników… wiesz chodzi o to, że ja buduję takie budowle ze słów. Niby są one ryzykowne, ale to pójście na łatwiznę. Wiesz ja powiem kobiecie: Kocham cię. Mocne słowo. I ja w nie wierze w momencie, kiedy to mówię. A tak naprawdę ja tego nie czuję. Mimo ze wierze, że jest inaczej. … To taka budowla, kurcze całkiem dobra ta kawa, spróbuj…
Ona
Nie dzięki… to, po co to mówisz?
On
Bo one chcą to usłyszeć. Nie mówią o tym otwarcie, ale coś we mnie to czuję , zresztą jak mówiłem: w tym momencie ja w to wierze. I to mówię. A później… później okazuję się, że to tylko budowla. Konstrukcja słów. Ciężko się z tego wycofać.
Ona
Kurwa. Ciężkie to.
On
No ciężkie. Ale wiesz dopiero po czasie okazuję się czy to budowla czy uczucie. I to jest najgorsze. Wątpliwości, wątpliwości kurwa.
Ona
Ale jakoś sobie radzisz
On (śmiech)
Wiesz… skille i doświadczenie.
Ona(śmieje się)
No. A wracając… jak tam .On się ma?
On.
Dobrze. A dlaczego pytasz?
Ona
Wiesz, czasem o nim myślę.
On
On też o tobie myśli. Czasem o tym rozmawiamy…
Ona
Tak?
On
Wiesz, myślę że mimo wszystko wyszło to wam na dobre. W końcu oboje jesteście szczęśliwi.
Ona
No. Wszyscy są szczęśliwi.
On
A jak tam studia?
Ona
Dobrze. Mam dużo zajęć. Piszę scenariusz. Mam dobrych wykładowców. Gliński ma też z nami zajęcia.
On
A później co? Semafor?
Ona (śmieje się)
Co ty?! Słabo płacą… mogę robić animacje do reklam… na przykład środków na trawienie.
On (śmieje się)
Srakostop
Ona
Tak, tak. Dobrze płacą.
On
I chcesz tak chałturzyć?
Ona
Nie chcę… ale jak można zarobić.
On
A jak się czujesz… no wiesz…?
Ona
Lepiej… już lepiej. Wiesz, tęsknie za wami… za Maćkiem. Robię tysiąc takich małych, zbędnych rzeczy, żeby nie myśleć. Chodzę na zakupy…
On ( śmieje się)
Konsumpcyjna Świnia!
Ona
No… galerianka. Hehe. Wiesz, nawet Gombro chodził na zakupy.
On
W listach tego nie wyczytałem. Hehe. No ale wierzę na słowo jednej z największych gombrowiczolożek w Polsce.
Ona (śmieję się)
Na świecie
On
W ogóle to nie zdążyłem ci jeszcze powiedzieć, że ładnie wyglądasz.
Ona( śmieje się)
Jak rozumiem chodzi ci o to, że dziś nie wyglądam jak skrzyżowanie upośledzonego włóczykija z Czarodziejką z Księżyca?
On( śmieje się)
Wyjęłaś mi to z ust.
Ona
Jak zwykle gentleman. Haha
On( śmieje się)
Znasz mnie. Kultura na przedzie… wiesz wkręciłem sobie ostatnio znowu Bang Gang.
Ona
Widziałam na laście że tego słuchasz. Pomyślałam nawet że coś może być nie tak.
On
Jak coś jest nie tak to słucham Ani Dąbrowskiej
Ona
Daj spokój… Znowu przyszło lato
On
Zabija mnie ta piosenka.
Ona
Pamiętam jak wrzuciłeś ją na bloga
On
Nie ma do czego wracać. To był trudny czerwiec.
W tle słychać utwór Ciszy i spokoju p. t: Uzależniony
Moje życie to potok pełen wersów kaskad
Którego źródło biję w samym sercu miasta
Wydłuża dzień. Skraca sen mówiąc:
Lubię to.
Ona
Nie znam…
On
To duże Pe z … chyba z dj’em Spoxem
Ona( śmieje się)
Wikipedia rapu…
On
Wiesz i’m still in the Game…
Ona ( jednocześnie z humorem i agresją)
Chcesz ze mnie kpić?
Nie powiedziałeś nic
Daj pic
On
Wiesz co się liczy?
Szacunek ludzi ulicy!
Ona
O niej nie myśl jak o suce
Pomyśl jak o siostrze!
Oboje się śmieją.
Ona
Wczoraj oglądaliśmy tego nowego „Star Treka”. Maćkowi się podobał. Wiesz do kina bym na to nie poszła, ale ogólnie może być, fajne efekty były, no i ten… Spock. Spock był fajny.
On
Zahary Quinto
Ona
Chyba w Herosach grał czy w czymś takim.
Tak. Sylaba. Ludzie podobno na ulicy wyzywali go… mylili rzeczywistość z filmem.
Ona
Film z rzeczywistością…
On
Yhm. Poloniści. Hehe
Ona
Magistry. Widziałeś nowego House’a?
On
Jeszcze nie. Nie mam jak ściągnąć.
Ona
Wy jesteście jak House i Wilson.
On
Może coś w tym jest… tylko On mi jeszcze nie wsypał dla zabawy amfetaminy do kawy
Ona
Jeszcze nie… On… Dla niego jesteś ważny.
On
Wiem. Wiesz jak mnie kiedyś nazwał?
Ona
Wiem. Swoim kręgosłupem moralnym.
On
Kurwa może miał rację. Może ty też ją masz. Może czasem jestem Wilsonem.
Ona
Czasem jesteś nim, czasem Housem. To normalne.
On
Myślę że większość z nas czasem jest Wilsonem. A Mouse? Housem jesteśmy gdzieś w głębi…zawsze.
wtorek, 8 grudnia 2009
cos mi się popieprzyło i to jest rozdział 10
10
Witamy się jak zwykle. Ona przytula się do mojego ciała kładąc głowę gdzieś na wysokości klatki piersiowej. Zawsze byłem większy od reszty. No, zawsze byłem wyższy. Tak będzie uczciwiej to określić.
Nie ma w tym nic z fizyczności damsko-męskiej. Nic, chyba, że wtrącić te ramy fizyczność między misiem a miodem.
-Siadaj. Zaparzyć ci herbaty?- Widzę, że ma mało czasu mimo to stara się mnie przyjąć jak najlepiej. Zawsze tak było. W sumie to nasza cecha narodowa. W jednym rzędzie z ukrytym antysemityzmem i pijaństwem.
Żadne z nas nie pamięta, kiedy się spotkaliśmy pierwszy raz. Po prostu funkcjonowaliśmy obok siebie coraz intensywniej.
Rozkładam sobie czarne, plastikowe krzesełko i burczę coś w stylu cześć do tej młodej dziewczyny, której imienia nigdy nie pamiętam, a która siedzi z Aśką w tej klitce zwanej buńczucznie wypożyczalnią i wydaje ludziom chcącym skorzystać z miejskiego lodowiska łyżwy. W środku panuje identyczna temperatura jak na zewnątrz. No bo przecież na cholerę komuś ogrzewanie w zimie! Jak jest lodowisko to musi być zimno. Jak jest zima to musi być zimno. A że obie rzeczy zwykle koegzystują: to musi być zimno.
Opowiadamy sobie coś o studiach. Dyskusję przeprowadzają teoretycznie trzy osoby, jednak dziewczyna, której nie pamiętam imienia, wyraźnie się wycofała. O ile pamiętam nie czuję się zbyt mocno w tym temacie. No cóż nie każdy musi być studentem, choć ostatnio mam wrażenie, że każdy coś studiuje. Miliony dziennikarzy, geodetów i kosmetolożek zapełniają metry kwadratowe naszego skromnego kraju. A ona? Może interesuje się sztuką? Może norweską sceną techno? A może niczym… zresztą to absolutnie nieistotne. W danym czasie ważne jest by dobrze wykładała łyżwy.
Aśka jest z Pasłęka. Mimo, że wszystko zaczęło się w Pasłęku przyznam, że byłem tam tylko raz. Pamiętam to jak dziś.
W Pasłęku byłem tylko raz.
Gdzieś tam na jakimś weselu. Miałem jechać z Aśką. Przywitała mnie kiepska pogoda. I dworzec…fenomenalny. Po prostu jedyny w swoim rodzaju. Z zamknięta kasą biletową i z otwartym solarium. Nigdy nie widziałem solarium na dworcu kolejowym.
Sun- Tips.
Swoją drogą to ciekawa nazwa na solarium. Słoneczne paznokcie. Jak jakiś wytwór postnuklearny prosto ze świata Mad Maxa i Fallouta. Połączony kurs opalania się z kursem robienia sztucznych paznokci. Wszystko, czego potrzebuje kobieta w jednym miejscu. Cielesność w stanie czystym. Budujemy swój wygląd. Obok solarium… no cóż by innego: Odzież dla każdego. Otwarta w soboty od 9 do 13, w dni tygodnia od 9 do 17. Ciekawe czy znalazłbym tu dla siebie garnitury od Versace, koszulki polo Ralpha Laurena? No co? W końcu nazwa do czegoś zobowiązuje.
Jest żółto- brązowo.
Zegar wskazuje sześć minut po szóstej. Cały czas sześć minut po szóstej. Mimo, że jest plus minus czternasta. Sześć minut po szóstej. Wiara w szatana stymuluje moje samopoczucie. Niepewność. Sześć minut po szóstej.
-Duży dziś ruch?- Rozmowa ma to do siebie , że od czegoś trzeba zacząć.
-W sumie nie- Asia krząta się po elemencie klitki stanowiącym zastępstwo kuchni przygotowując tą nieszczęsną herbatę.
- Dziwne. W końcu dziś niedziela, no i nawet ładnie jest ale mroźno.
- Ja tam nie narzekam. Nie chce mi się dziś tu siedzieć. Można się zabić. Poczekasz na mnie do końca pracy?
Nie potrafię odmawiać. Przypuszczam, że to jakaś jednostka chorobowa, której nie mogą jeszcze zdefiniować amerykańscy naukowcy. Jak ten cholerny CFS.
CFS?
Hmmm…
Tak! CFS:
Zespół chronicznego zmęczenia( ang. Chronic fatigue syndrom w skrócie CFS) opisano po raz pierwszy w literaturze fachowej 21 lat temu. Jakiś czas potem Światowa Organizacja Zdrowia uznała CFS za odrębną jednostkę chorobową.
- W sumie czemu nie.- Zawsze tak odpowiadam. Kurwa. Zawsze tak odpowiadam. Choćbym miał milion lepszych i ważniejszych rzeczy do roboty( w tym przypadku tak nie jest) to zawsze powiem:
W sumie czemu nie.
- No to super.- Aśka już w momencie zadania pytania znała moją odpowiedź, więc tak naprawdę chciała się tylko upewnić.-Pójdziemy jeszcze po drodze d Biedronki, co?
-W sumie czemu nie.- Mogę iść Nie ma wrrrrr
-Wczoraj super był.- Jej rozmarzony wzrok potwierdza to zdanie.
-Dziś rano było trochę gorzej-Mój czerstwawy wygląd potwierdza to zdanie.
Nastał właściwy moment by w końcu pośmiać się i z kaca Od rana nas męczył, drążył nasze kości, zabierał nam jedzenie. Teraz niech siedzi w kącie i słucha jak się go wyszydza.
- Daj spokój. Myślałam że umrę w pracy, dobrze że … rano otworzyła i przygotowała wszystko inaczej by była mogiła. Łukasz jeszcze tam dochodzi do siebie.
- No roki mi pisał żebym mu Coli kupił.
- Hehehe leniwiec! A Kruszyna jak tam?
- Ok. Poszedł do domu z samego rana.
-Ma chłopak zdrowie.
- No nie da się tego ukryć- Herbata jest w sam raz. Rozgrzewa moja twarz do grymasu zwanego uśmiechem.
-Fajnie, że przyszedłeś- Aśka zmienia ton głosu na bardziej misiowaty…
-Proszę wyczyścić łyżwy! I nie pchać się!- I misiek stał się w sekundę niedźwiedziem.
- No bo… niedługo wychodzi to ja bym sama została. – Niedźwiedź kurczy się do rozmiarów misiaczka.- To fajne że chcesz ze mną posiedzieć.
- Wiesz umówiłem się jeszcze z Chyłą w Green Way’u.
- Acha- W tym momencie stoi przede mną mała zawiedziona siedmiolatka, którą jednakowoż mam zamiar ułagodzić tymi to słowami:
-Mamy jeszcze kupę czasu to skoczę do tego Green Waya a później wrócę i ci potowarzyszę.
-Tak? Kochany jesteś.- Lubię to słyszeć od siedmiolatek. To chyba jakieś zboczenie
- Może chciałbyś pojeździć trochę na łyżwach. Jest mało ludzi, a ty mówiłeś, że nigdy nie jeździłeś, więc może…
No i w moim umyśle zapala się czerwone słowo
ALARM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Wszystko wszystkim ale to chodzi o moje życie. Nigdy ale to nigdy nie jeździłem na łyżwach. Nigdy to nigdy nie złamałem sobie niczego. Mam jakieś przeczucie, że jak się rozdziewiczę z pierwszego punktu, to po kilku sekundach rozdziewiczę się z drugiego.
- Nie dzięki. Jakoś się nie czuję.
Organizm się broni. Na szczęście…
- Spróbuj! To łatwe!
-W sumie czemu nie.
KURWA!
$@##$(&^%%*$#!^&&!@#&*__)(&^$##@wrrrrrr##@!W@&*()^^%#%#@$@! ~%^@^&&&*$@!!))(&%$#^#!$!~$$^%^*!(9((&!!)_)!**!*&!^!_!*^!&!(!* &!&!)!(!&!(!!%%#%%^I$^&*
%#&(()(
wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr Kuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuurrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa666)()&Y*%#%@ !##^%@^*$@!&((*%kiss rządzi)$#%^W@^#%^&^#%^%^&%@&*#^*(&%($#!!&^^&$!$$%^@%””>”
_!(!)U!(&^^^NNNNNNNNNNNNNNNNNNNNNNNNNNIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTA
K
R
E
T
Y
N
ŚMMMMMMMMMMMMMMMMMIIIIIIIIIIIIIIIIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEERRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆ
- W sumie kiedy mam się nauczyć jak nie teraz.-I się uśmiecham. A uśmiech ten pełen jest bólu i śmierci.
W tym momencie, kiedy jestem już naprawdę blisko śmierci wypadałoby opisać moich oprawców. Z trójki: lód, łyżwy, Aśka większość społeczeństwa zna pobieżnie lub nie dwoje pierwszych. Aśka w świadomości społeczeństwa jeszcze swego miejsca nie znalazła. Jeszcze nie. Ale znajdzie. I wierz mi o społeczeństwo, wbije się w twoje ciało niczym szpikulec do lodu. Na pewno będzie bolało.
Aśka potocznie jest bardziej znana jako Ruda. Nie będę tłumaczył dlaczego?
Naprawdę wierzę w to, że mój potencjalny odbiorca nie jest idiotą.
Najśmieszniejsze w rudości Aśki jest to, że tak naprawdę jest na blondynką. Dawno, dawno temu nie było rudości była blondość. Nie mam pojęcia, kiedy to się zmieniło, wiem tylko że odkąd ją pamiętam była ruda. No może bardziej kolor jej włosów odpowiadałby barwie ognisto czerwonej.
Zważywszy na jej kolor włosów i część charakteru można by ją było czasem określić, cytując klasyka polskiej inteligencji: małpą w czerwieni. Byłoby to zdanie zarówno oddające część jej duszy jak i krzywdzące resztę. Była w niej czasem widoczna ta maniera jedynaka, która to charakteryzowała się hmmm… pewnym zacietrzewieniem się i trzymaniem kurczowo własnego zdania, ale też potrzebą nieustannego ruch no i last but not least potrzebą bliskości innego człowieka.
Jej częścią uzupełniającą był niejaki Aleksander Łukasz Robak. Osobni ciekawy i inteligentny jakby od początku stworzony do tworzenia yang i ying z Rudą. Ciekawa z niego była też postać. Początkiem niech będzie imię, bądź też szerzej: dane personalne. Bowiem każdy z członów układu znaków, którym się podpisuje był jego wyznacznikiem, dla jakiegoś określonego kręgu znajomych. Dla jednych funkcjonował jako Aleksander vel Olek, dla innych był to Łukasz( sam należę do tego grona) a dla reszty był Robakiem ( co ciekawe tylko część tej części wiedziała, że to nazwisko a nie pseudo). Poza tym ten ateista- teolog charakteryzował się olbrzymią dawką inteligencji i…
No ale Robak będzie później…
Śmierć nadchodzi czasem cicho i niespodziewanie, czasem natomiast nadchodzi z krzykiem, świstem łyżw oraz odgłosem bezwładnego ciała uderzającego bezwładnie o lód.
Takiej śmierci się właśnie spodziewam kołysząc się nieporadnie na dwóch malutkich kawałkach metalu zespolonych z plastikowymi butami. Krok po kroku do śmierci. Wszyscy się na mnie patrzą. Wszyscy. Czekają aż poleje się krew. Krok. Krok. Krok.
Tufff
Tufff
Tuffff
Jam Godżilla na łyżwach. Upadający kolos.
Witamy się jak zwykle. Ona przytula się do mojego ciała kładąc głowę gdzieś na wysokości klatki piersiowej. Zawsze byłem większy od reszty. No, zawsze byłem wyższy. Tak będzie uczciwiej to określić.
Nie ma w tym nic z fizyczności damsko-męskiej. Nic, chyba, że wtrącić te ramy fizyczność między misiem a miodem.
-Siadaj. Zaparzyć ci herbaty?- Widzę, że ma mało czasu mimo to stara się mnie przyjąć jak najlepiej. Zawsze tak było. W sumie to nasza cecha narodowa. W jednym rzędzie z ukrytym antysemityzmem i pijaństwem.
Żadne z nas nie pamięta, kiedy się spotkaliśmy pierwszy raz. Po prostu funkcjonowaliśmy obok siebie coraz intensywniej.
Rozkładam sobie czarne, plastikowe krzesełko i burczę coś w stylu cześć do tej młodej dziewczyny, której imienia nigdy nie pamiętam, a która siedzi z Aśką w tej klitce zwanej buńczucznie wypożyczalnią i wydaje ludziom chcącym skorzystać z miejskiego lodowiska łyżwy. W środku panuje identyczna temperatura jak na zewnątrz. No bo przecież na cholerę komuś ogrzewanie w zimie! Jak jest lodowisko to musi być zimno. Jak jest zima to musi być zimno. A że obie rzeczy zwykle koegzystują: to musi być zimno.
Opowiadamy sobie coś o studiach. Dyskusję przeprowadzają teoretycznie trzy osoby, jednak dziewczyna, której nie pamiętam imienia, wyraźnie się wycofała. O ile pamiętam nie czuję się zbyt mocno w tym temacie. No cóż nie każdy musi być studentem, choć ostatnio mam wrażenie, że każdy coś studiuje. Miliony dziennikarzy, geodetów i kosmetolożek zapełniają metry kwadratowe naszego skromnego kraju. A ona? Może interesuje się sztuką? Może norweską sceną techno? A może niczym… zresztą to absolutnie nieistotne. W danym czasie ważne jest by dobrze wykładała łyżwy.
Aśka jest z Pasłęka. Mimo, że wszystko zaczęło się w Pasłęku przyznam, że byłem tam tylko raz. Pamiętam to jak dziś.
W Pasłęku byłem tylko raz.
Gdzieś tam na jakimś weselu. Miałem jechać z Aśką. Przywitała mnie kiepska pogoda. I dworzec…fenomenalny. Po prostu jedyny w swoim rodzaju. Z zamknięta kasą biletową i z otwartym solarium. Nigdy nie widziałem solarium na dworcu kolejowym.
Sun- Tips.
Swoją drogą to ciekawa nazwa na solarium. Słoneczne paznokcie. Jak jakiś wytwór postnuklearny prosto ze świata Mad Maxa i Fallouta. Połączony kurs opalania się z kursem robienia sztucznych paznokci. Wszystko, czego potrzebuje kobieta w jednym miejscu. Cielesność w stanie czystym. Budujemy swój wygląd. Obok solarium… no cóż by innego: Odzież dla każdego. Otwarta w soboty od 9 do 13, w dni tygodnia od 9 do 17. Ciekawe czy znalazłbym tu dla siebie garnitury od Versace, koszulki polo Ralpha Laurena? No co? W końcu nazwa do czegoś zobowiązuje.
Jest żółto- brązowo.
Zegar wskazuje sześć minut po szóstej. Cały czas sześć minut po szóstej. Mimo, że jest plus minus czternasta. Sześć minut po szóstej. Wiara w szatana stymuluje moje samopoczucie. Niepewność. Sześć minut po szóstej.
-Duży dziś ruch?- Rozmowa ma to do siebie , że od czegoś trzeba zacząć.
-W sumie nie- Asia krząta się po elemencie klitki stanowiącym zastępstwo kuchni przygotowując tą nieszczęsną herbatę.
- Dziwne. W końcu dziś niedziela, no i nawet ładnie jest ale mroźno.
- Ja tam nie narzekam. Nie chce mi się dziś tu siedzieć. Można się zabić. Poczekasz na mnie do końca pracy?
Nie potrafię odmawiać. Przypuszczam, że to jakaś jednostka chorobowa, której nie mogą jeszcze zdefiniować amerykańscy naukowcy. Jak ten cholerny CFS.
CFS?
Hmmm…
Tak! CFS:
Zespół chronicznego zmęczenia( ang. Chronic fatigue syndrom w skrócie CFS) opisano po raz pierwszy w literaturze fachowej 21 lat temu. Jakiś czas potem Światowa Organizacja Zdrowia uznała CFS za odrębną jednostkę chorobową.
- W sumie czemu nie.- Zawsze tak odpowiadam. Kurwa. Zawsze tak odpowiadam. Choćbym miał milion lepszych i ważniejszych rzeczy do roboty( w tym przypadku tak nie jest) to zawsze powiem:
W sumie czemu nie.
- No to super.- Aśka już w momencie zadania pytania znała moją odpowiedź, więc tak naprawdę chciała się tylko upewnić.-Pójdziemy jeszcze po drodze d Biedronki, co?
-W sumie czemu nie.- Mogę iść Nie ma wrrrrr
-Wczoraj super był.- Jej rozmarzony wzrok potwierdza to zdanie.
-Dziś rano było trochę gorzej-Mój czerstwawy wygląd potwierdza to zdanie.
Nastał właściwy moment by w końcu pośmiać się i z kaca Od rana nas męczył, drążył nasze kości, zabierał nam jedzenie. Teraz niech siedzi w kącie i słucha jak się go wyszydza.
- Daj spokój. Myślałam że umrę w pracy, dobrze że … rano otworzyła i przygotowała wszystko inaczej by była mogiła. Łukasz jeszcze tam dochodzi do siebie.
- No roki mi pisał żebym mu Coli kupił.
- Hehehe leniwiec! A Kruszyna jak tam?
- Ok. Poszedł do domu z samego rana.
-Ma chłopak zdrowie.
- No nie da się tego ukryć- Herbata jest w sam raz. Rozgrzewa moja twarz do grymasu zwanego uśmiechem.
-Fajnie, że przyszedłeś- Aśka zmienia ton głosu na bardziej misiowaty…
-Proszę wyczyścić łyżwy! I nie pchać się!- I misiek stał się w sekundę niedźwiedziem.
- No bo… niedługo wychodzi to ja bym sama została. – Niedźwiedź kurczy się do rozmiarów misiaczka.- To fajne że chcesz ze mną posiedzieć.
- Wiesz umówiłem się jeszcze z Chyłą w Green Way’u.
- Acha- W tym momencie stoi przede mną mała zawiedziona siedmiolatka, którą jednakowoż mam zamiar ułagodzić tymi to słowami:
-Mamy jeszcze kupę czasu to skoczę do tego Green Waya a później wrócę i ci potowarzyszę.
-Tak? Kochany jesteś.- Lubię to słyszeć od siedmiolatek. To chyba jakieś zboczenie
- Może chciałbyś pojeździć trochę na łyżwach. Jest mało ludzi, a ty mówiłeś, że nigdy nie jeździłeś, więc może…
No i w moim umyśle zapala się czerwone słowo
ALARM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Wszystko wszystkim ale to chodzi o moje życie. Nigdy ale to nigdy nie jeździłem na łyżwach. Nigdy to nigdy nie złamałem sobie niczego. Mam jakieś przeczucie, że jak się rozdziewiczę z pierwszego punktu, to po kilku sekundach rozdziewiczę się z drugiego.
- Nie dzięki. Jakoś się nie czuję.
Organizm się broni. Na szczęście…
- Spróbuj! To łatwe!
-W sumie czemu nie.
KURWA!
$@##$(&^%%*$#!^&&!@#&*__)(&^$##@wrrrrrr##@!W@&*()^^%#%#@$@! ~%^@^&&&*$@!!))(&%$#^#!$!~$$^%^*!(9((&!!)_)!**!*&!^!_!*^!&!(!* &!&!)!(!&!(!!%%#%%^I$^&*
%#&(()(
wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr Kuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuurrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa666)()&Y*%#%@ !##^%@^*$@!&((*%kiss rządzi)$#%^W@^#%^&^#%^%^&%@&*#^*(&%($#!!&^^&$!$$%^@%””>”
_!(!)U!(&^^^NNNNNNNNNNNNNNNNNNNNNNNNNNIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTTA
K
R
E
T
Y
N
ŚMMMMMMMMMMMMMMMMMIIIIIIIIIIIIIIIIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEERRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆ
- W sumie kiedy mam się nauczyć jak nie teraz.-I się uśmiecham. A uśmiech ten pełen jest bólu i śmierci.
W tym momencie, kiedy jestem już naprawdę blisko śmierci wypadałoby opisać moich oprawców. Z trójki: lód, łyżwy, Aśka większość społeczeństwa zna pobieżnie lub nie dwoje pierwszych. Aśka w świadomości społeczeństwa jeszcze swego miejsca nie znalazła. Jeszcze nie. Ale znajdzie. I wierz mi o społeczeństwo, wbije się w twoje ciało niczym szpikulec do lodu. Na pewno będzie bolało.
Aśka potocznie jest bardziej znana jako Ruda. Nie będę tłumaczył dlaczego?
Naprawdę wierzę w to, że mój potencjalny odbiorca nie jest idiotą.
Najśmieszniejsze w rudości Aśki jest to, że tak naprawdę jest na blondynką. Dawno, dawno temu nie było rudości była blondość. Nie mam pojęcia, kiedy to się zmieniło, wiem tylko że odkąd ją pamiętam była ruda. No może bardziej kolor jej włosów odpowiadałby barwie ognisto czerwonej.
Zważywszy na jej kolor włosów i część charakteru można by ją było czasem określić, cytując klasyka polskiej inteligencji: małpą w czerwieni. Byłoby to zdanie zarówno oddające część jej duszy jak i krzywdzące resztę. Była w niej czasem widoczna ta maniera jedynaka, która to charakteryzowała się hmmm… pewnym zacietrzewieniem się i trzymaniem kurczowo własnego zdania, ale też potrzebą nieustannego ruch no i last but not least potrzebą bliskości innego człowieka.
Jej częścią uzupełniającą był niejaki Aleksander Łukasz Robak. Osobni ciekawy i inteligentny jakby od początku stworzony do tworzenia yang i ying z Rudą. Ciekawa z niego była też postać. Początkiem niech będzie imię, bądź też szerzej: dane personalne. Bowiem każdy z członów układu znaków, którym się podpisuje był jego wyznacznikiem, dla jakiegoś określonego kręgu znajomych. Dla jednych funkcjonował jako Aleksander vel Olek, dla innych był to Łukasz( sam należę do tego grona) a dla reszty był Robakiem ( co ciekawe tylko część tej części wiedziała, że to nazwisko a nie pseudo). Poza tym ten ateista- teolog charakteryzował się olbrzymią dawką inteligencji i…
No ale Robak będzie później…
Śmierć nadchodzi czasem cicho i niespodziewanie, czasem natomiast nadchodzi z krzykiem, świstem łyżw oraz odgłosem bezwładnego ciała uderzającego bezwładnie o lód.
Takiej śmierci się właśnie spodziewam kołysząc się nieporadnie na dwóch malutkich kawałkach metalu zespolonych z plastikowymi butami. Krok po kroku do śmierci. Wszyscy się na mnie patrzą. Wszyscy. Czekają aż poleje się krew. Krok. Krok. Krok.
Tufff
Tufff
Tuffff
Jam Godżilla na łyżwach. Upadający kolos.
piątek, 4 grudnia 2009
10
Jestem jak dziecko.
Gorzej.
Jestem jak olbrzymi ględzący bobas. Samokrytyka oznacza, że żyję. Lód nie okazał się miejscem mojej kaźni. Każdy ma takie miejsce kaźni, na jakie zasłużył.
Jest po wszystkim. Mroźny wiatr smaga moją nierówną twarz. Cholerny zimny wiatr, mentolowy wyziew Eola.
Miasto Olsztyn.
Miasto- dobre sobie. Prosta droga pouzupełniana nierównym chodnikiem w związku z ostatnimi chłodami jest dziś jakoś mniej przechodzona. Lubię takie spacery. Jestem jak chodzący Vanishing Point. Pyk pyk pyk z jednego miejsca do drugiego pyk pyk pyk i jestem już gdzie indziej. Tupot dużych stóp.
Jezu kobieto! Twój stary powinien uwolnić orkę. Gdybym był lustrem w twoim domu pierwszego dnia bym się stłukł. Dla jednych to rubensowskie kształty, dla drugich wynik hamburgeryzacji życia. Dla mnie ta kobieta jest po prostu otyła. Gruba mistrzyni nie myślenia o sobie. Można by to nawet częściowo utożsamiać z altruizmem, gdyby nie to, że nie ma w tym żadnej myśli. Po prostu jest przetłuszczenie od łydek po włosy.
oh I’m so clever, I'm so clever, I'm so clever
until my paranoia kicks in then I’ll accuse her
of doing all the worst things i do best
its funny how me fucking her about
has got me in this fucking mess
liar liar liar liar pants on fire
lies alibis lies more alibis
from the truth, i admit I’m more than shy
ain’t it the times we are living in
everybody’s doing it so why cant I?
Nigdy bym jej tego nie powiedział w twarz. Nie krzyknąłbym: Hej spasła imitatorsko życia nieotyłych ludzi! Z drogi Blobie na małych nóżkach!
Nie. Tak nie potrafię. To wszystko zostaje między mną a moimi neuronami. Przepełnienie gniewem i żółcią.
! ! R U
! G B
A A
B B
A*
*w oryginale ma to kształt serca.
zazwyczaj mam problemy
w prostym komunikowaniu się
tak żeby a znaczyło a a nie be
Idź ty kurwa z twoją przeintelektualizowaną gadką!
fakty są jasne
pragnienia proste
sukcesy nieprzewidziane
„Daj spokój! Marcela na pewno nie będzie chciała isć”
Zielone. Jezu one chyba mają z trzynaście lat a ubierają się już w płaszcze. Ja chodziłem wtedy w szerokich porach. Do tej pory gdzieś po szafach w domu kręcą się moje brunatne Fubu. Chłopcy dziś albo są parodiami skate’ów nosząc rzeczy stworzone teoretycznie dla dzieciaków z ulicy.
„Idziesz jutro do kina?
Może, a na co?”
Jak te spodnie Prosto kosztujące 200 złotych. Kurwa, jakie normalne dziecko… jakiego zwykłego rodzica stać na spodnie za 200 złotych. Albo druga strona… 15-letnia Bohema strojąca się niczym dzieciaki z Paryża. Kiedyś… kiedyś kapelusz i płaszcz zarezerwowane były dla mężczyzn. Teraz przejęły tą opuszczoną przez brzuchatych kolesi w swetrach w paski działkę dzieciaki częściej zaglądające do gazetki H&M niż książki do Historii.
Sam mam płaszcz… może dlatego tak to mnie denerwuję… dlatego tak bawi…może ja też za często czytam Logo… za często znam się na modzie…
WWA miasto szyku ale i stylowych bubli
Buty Ferrari i różowe polówki
Na mieście mnóstwo pedałów chociaż żaden nie jest gejem
Zajarali się Beckham'em i latają z irokezem
Niejeden nawinął już o kwestiach mody
Pseudo hipisi,2packi, kopie Dody
Spodnie z krowy, bandany, różowa skóra
Mam styl z bloków lecz nie wyglądam jak burak
Po tym, co noszę dobrze widać skąd jestem
Zbyt brzydki i bez lansu, by chodzić po Chmielnej
Z boku mody o której piszą różne Glamoury
Fryzury zero z boku trzy milimetry u góry
Powietrze pachnie dymem. Uwielbiam to w październiku. Czuć zbliżającą się zimę. Zapach nadchodzącej pustki pomieszany z wszechogarniającym dymem. Dymem palonych na działkach trupów roślin.
Zgłodniałem. Nie robiłem sobie obiadu wiedząc, że spotkam się dziś z Martą. No cóż mięsa nie będzie. Gulasz meksykański z soją i ryżem nie jest zły. Po setnej konsumpcji lekko już mi brzydł, ale nie stać mnie dzisiaj na większe fanaberię. Urok studenckiego życia.
„ spoko nawet było. Posiedzieliśmy w Impulu do…”
„ Wziąłeś siatkę?”
Jak będę wracał to skoczę do Biedronki.
Pasztet Ser
Mleko
Tak z dwa jabłka kupię
No i te batony …
Choco
Hmmm fajny ma tyłek. Patrzy na mnie. Utrzymaj kontakt wzrokowy, utrzymaj. Czarne duże oczy. Niezła… Impulsiara…no ale co popatrzeć na siebie można.
Może wpadnę do biblioteki? Wypożyczyłbym coś. Świetlicki? Może będzie coś tej Herthy Muller… dostała Nobla w końcu… warto się zaznajomić. Ty cholerny snobie ! Hehe! Intelektualista z Bożej łaski… może coś więcej z Amora Oza? No nic zobaczymy. Najpierw muszę jednak trzeci raz wyrobić u nich kartę… kolejne pięć złotych w plecy.
Gorzej.
Jestem jak olbrzymi ględzący bobas. Samokrytyka oznacza, że żyję. Lód nie okazał się miejscem mojej kaźni. Każdy ma takie miejsce kaźni, na jakie zasłużył.
Jest po wszystkim. Mroźny wiatr smaga moją nierówną twarz. Cholerny zimny wiatr, mentolowy wyziew Eola.
Miasto Olsztyn.
Miasto- dobre sobie. Prosta droga pouzupełniana nierównym chodnikiem w związku z ostatnimi chłodami jest dziś jakoś mniej przechodzona. Lubię takie spacery. Jestem jak chodzący Vanishing Point. Pyk pyk pyk z jednego miejsca do drugiego pyk pyk pyk i jestem już gdzie indziej. Tupot dużych stóp.
Jezu kobieto! Twój stary powinien uwolnić orkę. Gdybym był lustrem w twoim domu pierwszego dnia bym się stłukł. Dla jednych to rubensowskie kształty, dla drugich wynik hamburgeryzacji życia. Dla mnie ta kobieta jest po prostu otyła. Gruba mistrzyni nie myślenia o sobie. Można by to nawet częściowo utożsamiać z altruizmem, gdyby nie to, że nie ma w tym żadnej myśli. Po prostu jest przetłuszczenie od łydek po włosy.
oh I’m so clever, I'm so clever, I'm so clever
until my paranoia kicks in then I’ll accuse her
of doing all the worst things i do best
its funny how me fucking her about
has got me in this fucking mess
liar liar liar liar pants on fire
lies alibis lies more alibis
from the truth, i admit I’m more than shy
ain’t it the times we are living in
everybody’s doing it so why cant I?
Nigdy bym jej tego nie powiedział w twarz. Nie krzyknąłbym: Hej spasła imitatorsko życia nieotyłych ludzi! Z drogi Blobie na małych nóżkach!
Nie. Tak nie potrafię. To wszystko zostaje między mną a moimi neuronami. Przepełnienie gniewem i żółcią.
! ! R U
! G B
A A
B B
A*
*w oryginale ma to kształt serca.
zazwyczaj mam problemy
w prostym komunikowaniu się
tak żeby a znaczyło a a nie be
Idź ty kurwa z twoją przeintelektualizowaną gadką!
fakty są jasne
pragnienia proste
sukcesy nieprzewidziane
„Daj spokój! Marcela na pewno nie będzie chciała isć”
Zielone. Jezu one chyba mają z trzynaście lat a ubierają się już w płaszcze. Ja chodziłem wtedy w szerokich porach. Do tej pory gdzieś po szafach w domu kręcą się moje brunatne Fubu. Chłopcy dziś albo są parodiami skate’ów nosząc rzeczy stworzone teoretycznie dla dzieciaków z ulicy.
„Idziesz jutro do kina?
Może, a na co?”
Jak te spodnie Prosto kosztujące 200 złotych. Kurwa, jakie normalne dziecko… jakiego zwykłego rodzica stać na spodnie za 200 złotych. Albo druga strona… 15-letnia Bohema strojąca się niczym dzieciaki z Paryża. Kiedyś… kiedyś kapelusz i płaszcz zarezerwowane były dla mężczyzn. Teraz przejęły tą opuszczoną przez brzuchatych kolesi w swetrach w paski działkę dzieciaki częściej zaglądające do gazetki H&M niż książki do Historii.
Sam mam płaszcz… może dlatego tak to mnie denerwuję… dlatego tak bawi…może ja też za często czytam Logo… za często znam się na modzie…
WWA miasto szyku ale i stylowych bubli
Buty Ferrari i różowe polówki
Na mieście mnóstwo pedałów chociaż żaden nie jest gejem
Zajarali się Beckham'em i latają z irokezem
Niejeden nawinął już o kwestiach mody
Pseudo hipisi,2packi, kopie Dody
Spodnie z krowy, bandany, różowa skóra
Mam styl z bloków lecz nie wyglądam jak burak
Po tym, co noszę dobrze widać skąd jestem
Zbyt brzydki i bez lansu, by chodzić po Chmielnej
Z boku mody o której piszą różne Glamoury
Fryzury zero z boku trzy milimetry u góry
Powietrze pachnie dymem. Uwielbiam to w październiku. Czuć zbliżającą się zimę. Zapach nadchodzącej pustki pomieszany z wszechogarniającym dymem. Dymem palonych na działkach trupów roślin.
Zgłodniałem. Nie robiłem sobie obiadu wiedząc, że spotkam się dziś z Martą. No cóż mięsa nie będzie. Gulasz meksykański z soją i ryżem nie jest zły. Po setnej konsumpcji lekko już mi brzydł, ale nie stać mnie dzisiaj na większe fanaberię. Urok studenckiego życia.
„ spoko nawet było. Posiedzieliśmy w Impulu do…”
„ Wziąłeś siatkę?”
Jak będę wracał to skoczę do Biedronki.
Pasztet Ser
Mleko
Tak z dwa jabłka kupię
No i te batony …
Choco
Hmmm fajny ma tyłek. Patrzy na mnie. Utrzymaj kontakt wzrokowy, utrzymaj. Czarne duże oczy. Niezła… Impulsiara…no ale co popatrzeć na siebie można.
Może wpadnę do biblioteki? Wypożyczyłbym coś. Świetlicki? Może będzie coś tej Herthy Muller… dostała Nobla w końcu… warto się zaznajomić. Ty cholerny snobie ! Hehe! Intelektualista z Bożej łaski… może coś więcej z Amora Oza? No nic zobaczymy. Najpierw muszę jednak trzeci raz wyrobić u nich kartę… kolejne pięć złotych w plecy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)