niedziela, 4 września 2011

Kwestia rozsypanej kawy

-Wiesz w kwestii moralności to jest jak z kawą rozsypaną na stole- jeden posprząta a drugi rozdmucha ziarnka tak, że nie będzie widać…
Sięgnął do kieszeni. Po sekundzie zorientował się jednak , że tam nie było papierosów. Nie było już dawno nawet zapachu po nich. Dwa lata. Dwa lata już nie palił
…Pozornie w obu wypadkach efekt będzie ten sam, ale tylko pierwsza droga jest prawidłowa. To wszystko kwestia odpowiedzialności za swoje czyny. Człowiek nieetyczny rozsypuje kawę, a później nie ma tak naprawdę odwagi posprzątać. Zdmuchuje problem uosobiony przez rozsypaną kawę, ale nie sprawia , że jest porządek, nie sprawia , że kawa jest rozsypana mniej, ba, ta kawa jest rozsypana bardziej. Ta kawa na długo będzie w nim rozsypana, bo nie miał odwagi posprzątać. Nie miał w sobie siły etyki.
Mały milczał. Jacek był przyzwyczajony do tego, że nikt go nie słucha. A nawet jak mnie słucha, to co z tego? -pomyślał- Kurwa przecież on ma dopiero trzy lata?!
Siedzieli w ciszy. Lekko przygarbiony , chudy brunet przed trzydziestką i dziesięć razy młodsze od niego dziecko. Mały był ciemnym blondynem , który tak naprawdę niczym wielkim się nie wyróżniał w gronie swoich rówieśników. Wprawdzie rodzice widzieli w nim kogoś mądrzejszego i większego od całej rzeszy innych trzylatków. Rodzice zawsze tak widzą swoje dzieci, co nie koniecznie jest zgodne było z prawdą. To dziecko w tym momencie było jednym z miliona. Po prostu.
- Lubisz wychodzić na podwórze?- zapytał Jacek
- Ja nie mam podwórza. Ja mam pole- Odpowiedź byłą pełna przekonania o swojej racji
-Nie masz podwórza?
-Nieeee –mały pokazał na coś co według Jacka ewidentnie było podwórzem- Ja wychodzję na pole, ja mam pole
- No wiesz w sumie to w Małopolsce mówi się , ze wychodzi się na pole, a u nas ,że wychodzi na podwórze.
-Czemu?
- Bo to wszystko pochodzi od słowa dwór, czyli taki dziedziniec, taki plac
- Czemu?
Nie wiedział. W sumie mały też zbytnio nie zwracał uwagi na to , czy padnie odpowiedź ,czy nie. W międzyczasie, tak pomiędzy odpowiedziami Jacka zaczął grzebać patykiem w ziemi. Cokolwiek nie padłoby z ust Jacka kontra byłaby jedna:
Czemu?
- Jubiś saśochody?
Nie bardzo zrozumiał.
-Powtórz.
-Czemu?
Zabrnął w ślepą uliczkę odpowiedzi , więc musiał zastosować fortel.
- Saśochody?
-Tak. Saśochody. Lubisz jeździć saśochodem?
- Już nie- I wszystko dookoła zgasło. Poczuł jakby był tylko on , mały i te schody, a reszta stała się tylko niewyraźną falą kolorów . Kolorów , które z każdą minutą wygasały.
-Czemu?
- Wiesz, ty masz trzy lata i tak naprawdę nie rozumiesz.
-Czemu?
-Bo tak jest- Poczuł jak pulsuje mu coraz bardziej skroń. Jak hektolitry krwi bombardują mózg- Poza tym mówi się dlaczego , a nie czemu?! – W tym momencie zmienił ton głosu. Stał się surowym sędzią niewybaczającym pomyłek. Stał się XIX-wiecznym dystyngowanym ojcem starającym się bardzo brutalnie wychować swoich potomków na kolejnych dystyngowanych ojców. Stał się … kimś kim w swoim przekonaniu nigdy nie był.
Młody się nieco odsunął, ale nie rozpłakał. Nie chciał jego płaczu. Miało być cicho. Płacz dziecka nie był cichy. Spojrzał na trzylatka, na jego lekko przestraszone oczy i zapytał:
-Boisz się mnie?
- Nie- Odpowiedź byłą pewna i według Jacka prawdziwa.
Nie bał się. Nie płakał.
-Powinieneś mnie się bać wiesz. Chyba.- Miał już podświadomie po raz kolejny odpłynąć , ale przestraszył się tego kolejnego czemu? Bo choć wiedział, że odpowiedź krążyła w nim w każdej sekundzie, to jednak nie potrafił jej wyrzucić poza wewnętrzny układ żył i narządów. Mógłby w tym momencie pluć każdym zdaniem , rzygać tysiącem utartych fraz i niespotykanych zwrotów, a ta jedna odpowiedź nie przeszła by mu przez gardło. To było jedyne zdanie , o którym wiedział , że jest zarazem fałszywe i prawdziwe. Jak u Kotarbińskiego.
Jestem złym człowiekiem.
W tym wszystkim była wiedza całej ludzkości. Wszystko to, co można nazwać prawdą i to co można nazwać kłamstwem.
Jestem złym człowiekiem
!!!!!!!!!!!!! !!!!! !!!!!
!!! !!!!!!! !!!!!!!!!!!! !!!!!!!!!!!
!!!!!! !!!!!!!!!
!
Każdą sekundę wypełniał tym zdaniem. Każda sekunda wypełniała tym zdaniem go. To zdanie wypełniało nim każdą sekundę.
… wiesz jest taki tekst. Ja go nawet nie czytałem, gdzieś widziałem. I on się nazywa Czekając na Godota. I ja tak czekam.
-Czemu czekasz wujku?
Dawno nie nazywał go wujkiem. Rzadko się widzieli. Tak rzadko, ze mały zaczął tylko powtarzać jego imię, żeby od czasu do czasu dookreślić do kogo mówi. Jacek poczuł , że coś drobnego go przytula. Mały już nie bawił się kijkiem. Przylgnął do jego żeber. Wujek pogłaskał go po głowie, tak jak zdawało mu się, że powinni głaskać wujkowie. Tak jak umiał.
- Bo tak trzeba wiesz. Teraz masz trzy lata i niewiele rozumiesz, ale kiedyś już nie będziesz miał trzech lat, i ja kurwa- ścisnął go minimalnie mocniej- chciałbym, chciałbym z całych sił, żebyś pamiętał to wszystko takie jak jest teraz, jak siedzimy i ja cię głaskam po głowie.
Przetarł oczy. Z daleka było słychać ujadanie psów

Brak komentarzy: